środa, 8 marca 2017

Na przekór

Zdarza mi się pić kawę z psychoterapeutą i przeglądać jego notatki. Bywam w odległych krajach, gdzie chłonę dźwięki, zapachy i smaki egzotycznych potraw. Przenoszę się do czasów, które minęły, ale się nie zatarły.. Ulice Paryża, Moskwy, bądź Warszawy.. Dorożki, uliczni sprzedawcy, kwiaciarki, butelki z mlekiem o poranku przed drzwiami oraz świeża prasa. Zwiedzam ciasne mansardy oświetlone jedynie nikłym blaskiem lampy naftowej, obserwuję pracę pisarzy i malarzy. Czasami samotnie przemierzam lasy, góry, surowe, skaliste tereny czując na twarzy powiew wiatru.
Poznaję opowieści o ludziach, których znałam jedynie ze zdjęć i pobieżnych informacji. 

Zagłębiam się w książki układając poszczególne zdania i litery wewnątrz. Czasem nie przystają do siebie. Bywają chaotyczne i enigmatyczne. Pomagają jednak przetrwać. Uciekam do książek. Zamykam się w nich zasuwając mosiężny zamek. Ale czy to na pewno tylko ucieczka? Może to azyl? Prywatna kraina spełnienia?  Zdarza mi się wyłączać z realnego świata. Poprzez litery poznaję i doznaję. Niweluję szum i łagodzę siebie. Karmię się rozdziałami. Liczne metafory i wieloznaczność wypowiedzi to przyprawy. Książki są zbawieniem. Kołem ratunkowym. Sama próbuję czasem pełnić taką funkcję, ale być może nie posiadam odpowiednich predyspozycji...
Jednakże jestem życiem.
Na przekór wszystkiemu, chcę degradować śmierć.
Dla kontrastu, bowiem się jej nie boję.
Dla ukojenia.
Dla spełnienia.
Siłą oraz wierszeptem.

Myślę, że potrafię.

Zwykłe notatki na małych kartkach jednak nie wystarczają. Dobrze czasem tutaj wracać. Dzisiaj Dzień Kobiet. Tymczasem, kiedy zamykam oczy widzę naprzemiennie fale oceanu, bądź piasek. Nie zastanawiam się już czy jestem kobietą.. tylko tak po prostu, człowiekiem.. Jestem?



Dziś tylko lista ostatnio przeczytanych.
Aby tak jak ja, nie uległy zapomnieniu.

1. A. Kaczorowski  - Hrabal. Słodka Apokalipsa
2. F. Dostojewski - Biedni ludzie
3. M. Grzebałkowska - 1945. Wojna i pokój
4. M. Urbanek - Tuwim. Wylękniony bluźnierca
5. M. Szczygieł - Niedziela, która zdarzyła się w środę
6. K. Hamsun - Głód
7. M. Stokowski - Kino krótkich filmów
8. P. Sabach - Podróże konika morskiego
9. B. Nowicka - Nakarmić kamień
10. S. Chutnik - Cwaniary
11. K. Horney - Neurotyczna osobowość naszych czasów

poniedziałek, 28 listopada 2016

Pożegnanie jesieni

Pokonał mnie listopad. Choć próbowałam złagodzić jesień, dotknąć wiatru i wyłuskać bezpośrednio z aury czyste przyjemności, nie udało się. Towarzyszy mi zatem osłabienie, mało ciekawy kaszel, katar i podwyższona temperatura. Spacery z owymi towarzyszami nie należą do najprzyjemniejszych, zatem te realne, po ulicach miasta, które bardzo lubię, szczególnie nocną porą, zamieniam na bardziej metafizyczne. Muzyka sączy się jednostajnie, kot zalega opierając swoją sierścistość o moje biodro, a ja odbywam liczne podróże literackie. Nie potrzebuję biletu i walizki. Nie chcę znać celu. Wprawdzie obecna niedyspozycyjność sprawia, że owe wyprawy niejednokrotnie łączą się z onirycznymi ścieżkami, jednak czasami, poniekąd dzięki temu, są znacznie ciekawsze. 
Grudzień zbliża się i rozjaśnia szarości.
Jeszcze szeleszczą liście, a już skrzypi śnieg.
Wybielmy się zatem. Zeszronujmy i rozśnieżmy.
Zapraszam!

Książkowo

Biografia Tomka Beksińskiego w dużej mierze opiera się na listach i wspomnieniach jego znajomych. Poznajemy go bardziej, poprzez bliskie mu osoby, bądź takie z którymi miał sporadyczną styczność. Obraz, który dzięki temu zyskujemy jest dokładniejszy niż ten, zbudowany z informacji zaczerpniętych z książki p. Grzebałkowskiej, bądź dzienników Zdzisława. Polecam, choć końcowe fragmenty mocno dotykają i bez ostrzeżenia chlastają po twarzy zostawiając ślad na dłużej. Skończyłam w środku nocy. Siedziałam w ciszy nad kubkiem zimnej już i bardzo mocnej herbaty paląc papierosa i drżąc. Potrzebuję czasem po lekturze większej dawki milczenia. Przerwy. Ale również bliskości drugiego człowieka. Tomek też potrzebował. Szukał. Pragnął. Przez długi czas wierzył, że uda mu się znaleźć.  Rozumiem również oburzenie p. Weissa towarzyszące jego wrażeniom po obejrzeniu "Ostatniej rodziny". Kto nie zna szczegółów z życia rodziny Beksińskich, może fałszywie odebrać ukazane sceny traktując je, jako pewnik. Ale, jako że o filmie słów kilka zawarłam w poprzednim wpisie, nie ma sensu powielać owych spostrzeżeń. Chwilami.. trochę za bardzo utożsamiałam się wrażliwością Tomka.. Kiedy czytałam jego listy, znajdowałam w nich fragmenty własnych myśli. Jednakże on miał w sobie więcej tajfunów i huraganów. U mnie to silny wiatr nad łąką, polem i lasem. Sieje niepokój w łagodności. U niego czynił spustoszenie w chaosie. Tomkowi się nie udało. Ja wciąż jeszcze cicho i nieśmiało, lecz coraz mocniej wierzę. Czuję  akceptację zamiast braku zrozumienia. Ciepło, miast dystansu. Jeszcze nie rozumiem. Wciąż się dziwię. Lecz łaknę, pragnę i chcę się zanurzać coraz bardziej. 


Przeczytałam również listy Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza. Najlepiej w życiu ma twój kot, bo jest przy Tobie pisała noblistka. Mimo to, nie zdecydowała się nigdy zamieszkać z Kornelem. Listy są proste, ale urzekające delikatnością. Swoją krótką formą przypominają wiadomości tekstowe, które jak mniemam w dzisiejszych czasach przypadłyby pisarzom do gustu. Zagłębiając się w szczegóły korespondencji zauważyłam, że szala mojej sympatii przechyliła się w stronę pana Kornela. Ujął mnie zarówno swoją inteligencją jak i sposobem pisania. Człowiek posiadający liczne zainteresowania, pasje, talent listeracki, a jednocześnie delikatność, czułość i finezję. Planuję w najbliższym czasie przeczytać jego biografię, a także zapoznać się z filmami, do których stworzył scenariusze. Ach, niech doba trwa dłużej niż 24 godziny!




Prawdę mówiąc, książek, które pochłonęłam jest nieco więcej, ale pozwolę sobie rozwinąć to w kolejnym wpisie. Nie chcę być gołosłowna, ale nadzieję pokładam, iż jeszcze w tym tygodniu choć kilka świeżych zdań tutaj zbuduję.


Filmowo

Czasem wracam do starych, znanych mi już produkcji próbując spojrzeć na nie inaczej, dostrzec to, co wcześniej mi umknęło, bądź też ocenić obrazy pod innym kątem. Istnieje kilka filmów, z którymi chciałabym spędzić kilka grudniowych wieczorów. Ostatnio jednak, natrafiłam na film "The Witch" Roberta Eggersa, który jako jeden z nielicznych należących do kina grozy ostatnich lat, spełnił moje oczekiwania pokładane w owym gatunku.

 Zarówno muzyka, obrazy jak i całość formy sprawiła iż degustacja dzieła stała się niezwykle smaczna w odbiorze. Mamy tu zarówno sugestywne i stopniowe budowanie napięcia jak i doskonałą grę aktorską bohaterów. Ich nadmiar nie przytłacza, natomiast silne są emocje, które wzbudzają. Motyw lasu, który jest dla mnie ciekawy i fascynujący. Niewinność w zderzeniu z siłami ciemności i cienka granica pomiędzy bezpieczeństwem pokładanym w bogu, a złem czającym się tuż obok. Dylemat dotyczący zagadnienia wiary. W co wierzyć? Co jest prawdziwe? Czy postępujemy słusznie, a może nie widzimy błędów prowadzących do tragedii?.. I wreszcie motyw wyzwolenia, o którym nie chcę zbyt dużo pisać, by nie zdradzać fabuły, ale do filmu gorąco zachęcam, nie tylko zwolenników horroru, ale wszystkich pragnących skosztować dobrego kina.

Muzycznie

Z domu, w którym spędziłam pierwsze lata mojego życia pamiętam stary gramofon. Małą gąbeczkę do czyszczenia zamkniętą w białym pudełku oraz zestaw płyt stojących na półce tuż obok. Wśród nich znajdowała się również ta, po odtworzeniu której, w głośnikach rozbrzmiewał głos Leonarda Cohena. Kojarzył mi się ze spokojną atmosferą, harmonią i długimi, sennymi wieczorami. Kiedy trafiłam na ostatnią płytę od razu wiedziałam, że nie są to zwyczajne piosenki wciśnięte na wielobarwny krążek. Zagłębiałam się zatem w dźwięki stopniowo odczuwając zarówno niepokój jak i pogodzenie się twórcy z nieuchronnym losem. To chyba najpiękniejszy testament, z jakim miałam styczność. Harmonijne brzmienie dopracowane do perfekcji. Płynność dotykająca emocje bez rękawiczek. Piękno ukryte w prostym, wymownym i wiarygodnym przekazie. Życie to narkotyk, który przestaje działać - powiedział Cohen. Będąc zatem na egzystencjalnym haju kłaniam się nisko, chyląc czoła artyście, który odszedł zostając na zawsze.



PS 
Mimo mroźnych poranków i bezsennych nocy..
Mimo, że skończyła mi się kawa i zapomniałam o nowej.. 
Mimo przeziębienia i gorszego samopoczucia.. 
Mimo tego, że czasem zamiast założyć sweter, lęk przywdziewam.. 

To niezaprzeczalnie najpiękniejsza jesień w moim życiu. 

czwartek, 6 października 2016

Głaszcząc subiektywność

Regularność i systematyczność w tym miejscu nie jest jednak moją mocną stroną. Kilka razy planowałam coś opisywać, ale z obawy, że słów zabraknie, lub ułożą się zbyt enigmatycznie, wolałam poświęcić swój czas na czynności bardziej konstruktywne.

Lubię gdy otula mnie jesień. Lekki, przenikający chłód, ciepły szal, krople deszczu na przemian leniwie i gwałtownie spływające po szybie... W tym roku październikowa aura jest wyjątkowa. Wszystko dostrzegam w zupełnie odmienny sposób. Czasem ostrzej, niekiedy zaś poprzez mgłę, w której unoszę się ponad rzeczywistością... Cudnie tak płynąć. Spakowałam depresję i wystawiłam jej torbę za drzwi. Ciekawe gdzie teraz mieszka? Na wszelki wypadek, wolę się nie dowiadywać. A przed snem, zamykam drzwi na zamek.

Głośno ostatnio o Beksińskich. Kiedy opisywałam tu książkę p. Grzebałkowskiej kilka osób spytało mnie o szczegóły. Tymczasem dziś, w kinach "Ostatnia rodzina". Ukazała się książka o Tomaszu i powstaje film dokumentalny. Lada dzień, w Krakowie zostanie otwarta nowa galeria. Cytując Tomka: "Nie wiadomo co się wydarzy...". Twarz Zdzisława na kartonie z mlekiem? Deski sedesowe z obrazami? Bardzo mnie to irytuje. Podobnie było, kiedy zrobiłam tatuaż z sową, a później motyw owego ptaka stał się nagle popularny.
Dzienniki Zdzisława czytałam niezwykle uważnie. Są ogromnie prawdziwe i to zaszczyt, że mogłam obcować z jego słowem tak blisko. Owszem. Miał swoje obsesje, natręctwa i lęki. Kto nie ma? Usłyszałam zarzut, że w tej rodzinie brakowało miłości. To paskudne kłamstwo. Trzeba umieć patrzeć głębiej, dostrzegać więcej. Nie każda miłość wygląda tak samo. Bywa trudna, cicha i skomplikowana Troska artysty o Zosię i Tomka była ogromna. Tak, można przypinać łatki zamykające szczelnie w definicji. Doszukiwać się w rodzinie przejawów autyzmu, aspergera, depresji, nerwicy i skłonności psychotycznych. Nie rozumiem jednak, jaki jest w tym sens? Cenię umysł. Twórczość. Wiem, że życie ma na nią ogromny wpływ. Lubię poznawać z różnych stron. Wieloaspektowo. Natomiast nawet jeśli przeczytam wszystkie dokumenty, listy, wysłucham nagrań, czy zapoznam się z opiniami bliskich, nigdy nie będę w stanie odpowiednio kompetentnie powiedzieć jacy byli Beksińscy. Ponieważ ich nie znałam. Ponieważ nie byłam nimi. 
Warto zapoznać się z filmem, jednak nie należy traktować go jako podstawowego źródła wiedzy. To wizja reżysera. Ja mogę napisać, że mam skrzydła i ukrywam je pod swetrem. Czy wówczas będziecie sprawdzać jakiej są wielkości? Uznacie to za aksjomat? Andrzej Seweryn jest genialny i wielki ukłon w jego stronę. Ujęcia kamery były urzekające. Podobnie jak muzyka. Przykro mi, że Dawid Ogrodnik stworzył karykaturę Tomka. Maksymalne uwypuklenie słabości z pominięciem cech pozytywnych, to nie jest najlepsze rozwiązanie. Czytałam recenzje. "Prawda o rodzinie Beksińskich"... 
Prawda jest rozwiązaniem. Tutaj mamy do czynienia z wariacją. To zasadnicza różnica.

Cóż, mam od wczoraj książkę Wiesława Weissa o Tomku. Wchłaniam powoli. A jeszcze w tym miesiącu, jadę do Sanoka. Ponownie pragnę zatonąć w obrazach. Dłużej. Mocniej. Intensywniej. Z osobą, którą chciałam zabrać do muzeum już dawno temu. A spotkałam dopiero teraz. Czasem trzeba odpowiednio długo poczekać, by móc tak pięknie współodczuwać. Dostrzegać. Warto czekać, by prawdziwie kochać.




poniedziałek, 5 września 2016

Cała jaskrawość


Zmieniam nieco formę tego miejsca. 
Chciałabym pisać częściej, krócej, a treściwiej. 
Czy się uda? Zobaczymy...


Od momentu gdy byłam tu ostatnio, przeczytałam raptem kilka książek. Trzy kryminały Katarzyny Puzyńskiej, Najgorszego człowieka na świecie Małgorzaty Halber i Sowę córkę piekarza Hłaski. Ponownie. Nie widzę większego sensu w dłuższych recenzjach - Puzyńska jak zwykle świetna, Halber ujmująco dotyka kwestii alkoholizmu i zagubienia w rzeczywistości, natomiast do pana Marka nie potrafię podejść obiektywnie, dlatego napiszę jedynie, iż był to niezwykle przyjemny literacko wieczór. Kilka książek mam rozgrzebanych, zatem o nich już wkrótce i trochę więcej, bo wymagają pewnego słownego zatrzymania.

Pomijając kwestie szpitalne, lato było piękne tego roku. Wrocław, spotkania z pisarzami, spacery donikąd, góry, mgły o poranku i noce przepełnione gwiazdami. Czasami czułam jak pejzaż mnie przenika i niezwykle dobrze było mi w tym współistnieniu.. Zachwyt przybiera różne formy.  Może to być liść, krople deszczu, polna droga, muzyka, obraz, słowa albo drugi człowiek, który istniał równolegle, a linie nagle się zbiegły i zapętliły.. Świadomość, że niegdyś było inaczej zatarła się. Odmienna, a jednocześnie fascynująca egzystencja. Jestem inaczej. Pełniej. 

Odwiedziłam ponownie Muzeum Beksińskiego w Sanoku. Obawiałam się, że powtórna wizyta nie zaowocuje kaskadą emocji, których doświadczyłam kilka lat temu. Na szczęście, pomyliłam się. Istnieje tam pewna siła, która sprawiała, iż musiałam usiąść na posadzce, uspokoić oddech i przeżywać od nowa. Polecam gorąco, bo to jedno z najciekawszych metafizycznych doświadczeń.
W sklepiku nabyłam 'Dzień po dniu kończącego się życia' i wciąż stopniowo dawkuję. Ciekawa jestem filmu 'Ostatnia rodzina'. Zastanawiam się też jaki odbiór będzie wśród ludzi nie znających owej historii. Cóż, trzeba poczekać do końca września. 

Tymczasem jesień zaczyna powoli i nieśmiało otulać. 
Jest dobrze. 
Lepiej. 
Najlepiej.

***

Post Scriptum słowno-muzyczne i tym razem prywatne.

Zdarzyło mi się, że poczułem się na zewnątrz wszystkiego, jakby poza elipsą galaktyki i stamtąd, spoza, ujrzałem jak na tacy całą jaskrawość. - dlatego będę i nie chcę już inaczej.


Wszystkich pozostałych czytających ciepło pozdrawiam 
z zielonego mieszkania w małym, cichym miasteczku...










niedziela, 3 lipca 2016

Krótka opowieść o życiu


Planowałam dłuższy wpis, ale jak to czasem w życiu bywa, plany nie wychodzą a scenariusz tworzy się sam, lub też za pomocą bliżej nieokreślonej mocy sprawczej. Nałożyło się u mnie kilka problemów ze zdrowiem, miałam okazję pozwiedzać duży szpital i kilka jego skrzydeł, naczekać się w kolejkach i wypić kawę w towarzystwie przemiłych panów w piżamach. Wciąż czekam na wyniki, jednak zaprawdę powiadam Wam - nigdy nie pozwólcie wbić sobie długiej igły w szyję bez znieczulenia. Myślałam, że jestem odporna na ból. Pomyliłam się. Trzy tatuaże, niezliczone stłuczenia i zabiegi dentystyczne były niczym w porównaniu z tym, co mnie ostatnio spotkało. I choć NFZ dziarsko odejmuje od mojej pensji składki na Fundusz Zdrowia, to kiedy ten fundusz nie zapewnia mi bezbolesnych zabiegów i chociażby małej dawki lidokainy, mam go głęboko w dupie. 
I tyle w temacie ;)

***

Recenzje dzisiaj również szczątkowe. Mam nadzieję, że kiedy całkowicie wrócę do formy, kondycja oraz częstotliwość moich wpisów ulegnie znaczącej poprawie. Na dobrą zmianę trzeba jednak poczekać.

Katarzyna Bonda - Pochłaniacz




Zima 1993. Tego samego dnia, w niejasnych okolicznościach, ginie nastoletnie rodzeństwo. Oba zgony policja kwalifikuje jako tragiczne, niezależne od siebie wypadki.
Wielkanoc 2013. Po siedmiu latach pracy w Instytucie Psychologii Śledczej w Huddersfield na Wybrzeże powraca Sasza Załuska. Do profilerki zgłasza się Paweł „Buli” Bławicki, właściciel klubu muzycznego w Sopocie. Podejrzewa, że jego wspólnik - były piosenkarz i autor przeboju "Dziewczyna z północy" - chce go zabić. Załuska ma mu dostarczyć na to dowody. Profilerka niechętnie angażuje się w sprawę. Kiedy jednak dochodzi do strzelaniny, Załuska zmuszona jest podjąć wyzwanie. Szybko okazuje się, że zabójstwo w klubie łączy się ze zdarzeniami z 1993 roku, a zamordowany wiedział, kto jest winien śmierci rodzeństwa. Jednym z kluczy do rozwiązania zagadki może okazać się piosenka sprzed lat.


Zacny kryminał i z chęcią zapoznam się z kolejnymi dziełami autorki. Mnogość bohaterów sprawia, że lepiej czytać li i jedynie Pochłaniacza, nie mieszając jej z innymi książkami. Saszę polubiłam od pierwszego przeczytanego zdania. Ponieważ nie znajduję tutaj większych uchybień, pozostaje mi po prostu dodać - niech Was pochłonie ;)

Monika Piątkowska - Nikczemne historie 


Nazistowski literat i jego francuski biograf, który odkrywa prawdę o nikczemnej przeszłości pisarza. Wiedeński złodziej planujący zabójstwo króla dzielnicy. Przybyły w połowie dziewiętnastego wieku do Nowego Jorku irlandzki wieśniak, marzący jedynie o uczciwym życiu. Agent carskiej Ochrany, ucieleśnienie zdrady. Dwanaście opowiadań Moniki Piątkowskiej to dwanaście podróży w głąb ludzkich umysłów. Bohaterowie Nikczemnych historii pochodzą z różnych epok i środowisk, ale pod jednym względem są do siebie podobni dopuścili się zbrodni i muszą teraz zmierzyć się z prawdą o samych sobie.

Kompletnie pogubiłam się w opowiadaniach autorki i odniosłam wrażenie, że moi Klubowicze z DKK również. Ksiązkę rozpatrywaliśmy z perspektywy zła tkwiącego w człowieku. Analizowaliśmy ludzkie słabości, ale także siłę, zarówno dobrą jak i złą, która popycha dane jednostki ku określonym czynom. Reasumując, nie polecam, gdyż ku podobnym analizom, znacznie lepiej skłania książka 'Psychopaci są wśród nas'. Oczywiście warto spróbować, gdyż to całkiem subiektywna opina. Poza tym, jedno z opowiadań przypomina wewnętrzne dylematy Raskolnikowa, zatem śmiem przypuszczać, że fani 'Zbrodni i kary' w 1/12 nie będą rozczarowani. :)

***

Tymczasem trzymajcie za mnie kciuki!
Jeśli wszystko się ułoży, pod koniec lipca jadę na Literacki Woodstock do Wrocławia, a w sierpniu będę tam, gdzie gwiazdy na wyciągnięcie ręki, wśród pagórków leśnych oraz mgieł porannych i po raz kolejny ogarnie mnie zachwyt, że wróciłam do mojego miejsca na ziemi.



PS : 

Julian Przyboś powiedział : 


(…) chyba nie owo „cogito” konstytuuje świadomość, że się jest, ale takie właśnie poczucie współkwitnienia ze światem, współbycia ze wszystkim. Jest się o tyle, o ile się współjest...

Całkowicie się z nim zgadzam i pozdrawiam tych, którzy ze mną współistnieją :)


piątek, 17 czerwca 2016

Miłość, wuwuzele i dziwne choroby


Zakochałam się w nim. Serio. Wierzę, że tym razem jest to miłość, która nie przeminie po kilku miesiącach, a jedynie stanie się dojrzalsza i piękniejsza. Wierzę, że pokonamy wszelkie trudności i z odwagą będziemy kroczyć w przyszłość, która okaże się jak z bajki; czasem z nutą tkliwości, czasem odrobiną przemocy, ale głównie.. będzie po prostu fascynująca. Prędkość czytania zwielokrotniona, wygoda, zwiększona ilość ciekawych pozycji, które można przybrać podczas czytania, możliwość pochłaniania książek podczas konsumpcji posiłków... Ach... Poza tym nocą słyszę tykanie zegara, pomrukiwanie kota i leżę w ciemności jedynie z delikatną poświatą ekranu wokół. No... poza dniem wczorajszym.
Ja rozumiem, że jest Euro i wczoraj grała Polska. Rozumiem  też, że nasi zremisowali z Niemcami  0:0. Rozumiem emocje. Ale wuwuzele najchętniej uznałabym za nielegalne narzędzie szatana i zakazała sprzedaży. Grupa, która wracała ze strefy kibica, zrobiła przystanek pod moim domem. Chciałoby się rzecz „śmiechom nie było końca”, ale to nie był śmiech. To był dziki ryk i pisk instrumentów w połączeniu z niemożebnym fałszem  podczas wykonywania utworów ‘Za te oczy zielone’ i ‘Kamień z napisem love’. Repertuar bogaty i jakże ambitny. Przed godziną drugą przyjechała policja i zgarnęła towarzystwo, próbujące protestować, że wszak Polska wygrała, a oni po cichutku świętowali. Cóż, mamy prawdopodobnie odmienną definicję ciszy, która różni się o sporą ilość decybeli... 



Dziś natomiast, zamiast błogo unosić się w objęciach Morfeusza do godziny dziewiątej z małym hakiem, zostałam zmuszona odwiedzić lekarza. Mały guzek w okolicach  ucha. Mam  nadzieję, że faktycznie przepisany antybiotyk pomoże, bo nie uśmiecha mi się dzielenie ciała z jakimś dokuczliwym cholerstwem. Gdyby było mniej dokuczliwe, raczej też nie byłabym zachwycona. Zachwyt jednak pojawił się, kiedy okazało się, że w poczekalni przede mną znajduje się tylko jedna osoba. Wybór innej przychodni po przeprowadzce na drugi koniec miasta był prawdziwą i namacalną dobrą zmianą ;)

***

Katarzyna Puzyńska – Więcej czerwieni


Pierwsza książka, którą przeczytałam na czytniku, a zarazem druga autorki. Saga o policjantach Lipowa łudząco przypomina perypetie bohaterów z Fjallbacki Camilli Lackberg. Oczywiście nie jest to nieudane naśladownictwo, ale całkiem przyjemny kryminał, który pochłaniamy z narastającą ciekawością. Nie jestem pewna, czy w przypadku  powieści, jakby nie było, opisującej zbrodnię można użyć sformułowania: „książka lekka i przyjemna”, ale tu niezwykle mi to pasuje. Irytuje mnie jedynie główna bohaterka. Czytając książki pani Lackberg, szczerze polubiłam Ericę. Tu natomiast Weronika autentycznie wkurwia. I nie będę szukać innego, grzeczniejszego słowa, którym  mogłabym zastąpić ów wulgaryzm. Po prostu to właśnie robi, więc synonimy nie zadziałają jak magiczne lekarstwo. Aczkolwiek jestem dumna, że posiadamy tak zacną, rodzimą sagę kryminalną. Jeśli ilość tomów zbliży się do dyszki, również nie będę się gniewać. Może uda się wysępić dodatkowy regał do biblioteki...



Jojo Moyes – Zanim się pojawiłeś


Kochacie wzruszające powieści wytrącające z równowagi? Lubicie otoczkę romantyzmu po zakończeniu naprawdę dobrej historii, podobną do tej tuż po wyjściu z kina i zderzeniu z rzeczywistością? Przeczytajcie koniecznie. Zdecydowanie bez makijażu. Z nastawieniem, że wciągnie dość mocno. Nie pamiętam kiedy przeczytałam ostatnio jakiś romans. Nie jest to mój ulubiony gatunek, bo ckliwość i romantyczność już dawno we mnie umarła. Tu skusił mnie zwiastun filmu, bo ileż można tkwić w tych samych gatunkach? Wprawdzie jeszcze nie dojrzałam do Daniele Steel, ale Jojo Moyes trafiła do mojego serca i wszystkich kanalików łzowych. (Szczerze przyznaję, że nie mam pojęcia ile ich jest, ale sądząc po reakcji organizmu przy ostatniej stronie – obstawiam  tysiąc). Nie mam najmniejszego zamiaru spoilerować. Chciałabym jedynie zaznaczyć, iż bohaterów łatwo pokochać. Może się starzeję, ale miałam gdzieś, że rysy psychologiczne nie były dopracowane do perfekcji. Wiem, że Wam też nie będzie to przeszkadzało. Ostrzegam, że być może będziecie zmuszeni wymknąć się do sklepu po ciastka. Ale czy to nie jest cena, którą warto zapłacić w obliczu prawdziwej miłości i szeregu życiowych tragedii? Bierzcie te z czekoladą i orzechami bez zastanowienia ;)

niedziela, 5 czerwca 2016

Czytnik, puszcza i przebaczanie

Przez długi czas broniłam się przed audio- i e-bookami. Wyznawałam teorię, że książka musi mieć kartki. Kartki należy przewracać, wkładać zakładki, a druk powinien pachnieć. Mogłam przybić piątkę z autorem tego oto artykułu : Kocham roztocza, czyli... (..może nie do końca zgodzę się tylko z tymi roztoczami gdyż podobno jestem na nie uczulona ;)) Obawiam się, że słuchać książek jeszcze długo nie będę potrafiła, jednak postanowiłam zainwestować w czytnik. Cóż mnie do tego skłoniło? Otóż głównie wygoda. Możliwość zabrania ze sobą w podróż ukochanych dzieł. Fakt, że mój wybór często pada na opasłe tomiszcza, a kręgosłup wówczas prycha na mnie z pogardą. Raty 0% na Allegro. Możliwość połączenia abonamentu w Play z Legimi. I jeszcze jeden aspekt - domowa biblioteczka zapełniła się całkowicie. Owszem, mogłam kupić kolejny regał, ale zagracanie kawalerki mija się z celem. Czytnik był najbardziej optymalnym rozwiązaniem. Pierwsze wrażenia z korzystania już wkrótce, bo jutro pomykam w kierunku Paczkomatów żeby wydobyć go z czeluści mroku..;) Nie twierdzę, że całkowicie porzucam drukowane dzieła - nie ma takiej opcji! Po pierwsze mam z nimi styczność na co dzień w pracy, po drugie - nie wszystko istnieje już w formie elektronicznej, a po trzecie... przecież muszę czasem usłyszeć szum kartek, żeby upewnić się i poczuć, że żyję..:)

***

Rozważałam przez moment prowadzenie vloga. Jednak owe dywagacje skończyły się na zrobieniu zdjęcia za pomocą kamerki internetowej i dojścia do wniosku, że światło jest chu.. kiepskie ;) Musiałabym robić to przy świetle dziennym, a wówczas moja kreatywność i elokwencja jest na bardzo niskim poziomie ;) Cóż, temat zapewne będę jeszcze rozważać, ale w najbliższym czasie głównie literki i kiepskie zdjęcia :)



***

Anna Kamińska - Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak



Mówili o niej „Czarownica” — bo gadała ze zwierzętami oraz miała kruka terrorystę, który kradł złoto i atakował rowerzystów. Ponad trzydzieści lat żyła w drewnianej leśniczówce pośrodku Puszczy Białowieskiej, bez wody i prądu. Spała w łóżku z rysiem i mieszkała pod jednym dachem z oswojonym dzikiem. Była naukowcem, ekologiem, autorką nagradzanych filmów i słuchowisk radiowych. Aktywnie działała na rzecz najstarszego lasu w Europie. Uważała, że należy żyć prosto i blisko przyrody. Wśród zwierząt znalazła to, czego nigdy nie doświadczyła od ludzi. Ostatnia Kossakówna. Córka Jerzego, wnuczka Wojciecha, prawnuczka Juliusza — trzech malarzy rozmiłowanych w polskim krajobrazie i historii. Bratanica Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Magdaleny Samozwaniec. Miała być synem i czwartym Kossakiem. Tak jak przodkowie, dźwigać sztalugi i znane nazwisko. Wybrała własną drogę…

Przyznaję, że przed zapoznaniem się z książką moje pojęcie o Simonie było bardzo nikłe. Nie miała ona łatwego dzieciństwa. Rodzicie preferowali tak zwany 'zimny chów' i okazywanie uczuć dzieciom było im obce. Nie odziedziczyła talentu malarskiego. Nie zajęła się również pisarstwem. Po skończeniu studiów biologicznych znalazła pracę w Białowieskim Parku Narodowym i bez żalu opuściła Kraków. Zajęła się przyrodą, czyli tym, co stanowiło jej pasję i prawdopodobnie jedyną miłość życia. Robiła to co chciała. Otwarcie broniła swoich poglądów i własnego zdania, obierała sobie cele i sukcesywnie je realizowała. Czy była wolna? Jestem przekonana, że tak. Czytając, cholernie jej zazdrościłam. Dlaczego jeszcze nie rzuciłam wszystkiego i nie siedzę głęboko w lesie? Po prostu czekam na jakiegoś.. Puszczyka ;) Cieszę się, że wybrałam biografię na spotkanie klubu DKK. Wprawdzie spytałam uczestników, czy ktoś chciałby żyć jak ona? W puszczy, ze zwierzętami i bez wygód? Okazało się, że byłam jedyna.. Ale to dobrze, przynajmniej nie będę miała tłoku w mojej chatce ;)



Fot. L. Wilczek


  

 Jodi Picoult - To, co zostało 


Ludzie doznają różnych strat, wielkich i małych. Można stracić kolejkę, cnotę, pracę. Głowę, serce albo rozum. Można stracić dom na rzecz banku, patrzeć, jak dziecko wyjeżdża na stałe na drugi kontynent, a mąż popada w demencję. Strata to nie tylko śmierć, a żal ma wiele postaci.
Osamotniona Sage Singer, zrozpaczona po śmierci matki, zaprzyjaźnia się ze starszym panem, ulubieńcem lokalnej społeczności, emerytowanym nauczycielem. Pewnego dnia Josef prosi ją o nietypową przysługę: chciałby, aby pomogła mu umrzeć. Wyznaje, że nie jest tym, za kogo przez wiele lat się podawał. Mężczyzna skrywa straszną tajemnicę z przeszłości, sięgającą czasów II wojny światowej i masowych mordów na ludności żydowskiej. Czy Sage zgodzi się mu pomóc? Czym będzie wówczas jej czyn: aktem miłosierdzia wobec drugiego człowieka czy wymierzeniem sprawiedliwości bezwzględnemu naziście? Czy ma do tego prawo?

Chcę niedługo wybrać się do Oświęcimia. Myślę, że już do tego dojrzałam, a poza tym uważam, że moim obowiązkiem jest odwiedzenie tego miejsca. Dawno nie czytałam jednak książek o holokauście. Wybór padł na powieść, jednak upewniłam się tylko, że w przypadku zagadnienia wojny i obozów, powinno się jednak sięgać po literaturę faktu. Nie chcę tutaj zbytnio krytykować autorki, gdyż bądź co bądź, stworzyła niezłe dzieło, które pochłania się z zapartym tchem, a jego fragmenty z łatwością przenikają do naszych snów. Poza tym, z podziękowań dowiadujemy się z jak wieloma instytucjami, osobami i profesjonalistami w danych dziedzinach współpracowała, aby stworzyć książkę - z pewnością duży plus. Większość bohaterów ujęta niestety bardzo jednowymiarowo, co nie pozwala ich poznać, a tym bardziej intensywniej odczuć przedstawione dylematy moralne. Mimo wszystko zachęcam do lektury, gdyż książka Jodi Picoult ma w sobie bez wątpienia siłę przyciągania, z którą warto się zmierzyć.


czwartek, 19 maja 2016

Chirurdzy, diabeł, serce i demony

Właśnie dobiega końca 12 sezon 'Grey's Anatomy'. Mimo, że miałam okazję oglądać wiele innych seriali, ten wywołuje chyba największe emocje. Śledząc losy bohaterów zjadłam tonę czekolady, obgryzłam dziesięć ołówków i wylałam całe morze łez. Dzięki niemu dokształciłam się muzycznie, a kilka utworów trafiło na moją listę ulubionych. Już sam fakt, że każdy odcinek jest zarazem tytułem innej piosenki sprawiał, że szukałam, a później zapętlałam muzykę z poszczególnych sezonów w nieskończoność.






Po tylu odcinkach oczywiście nie potrafiłabym przeprowadzić operacji, ale doskonale wiem co to tracheotomia, tachykardia i resuscytacja, a nade wszystko, mała ilość snu. Poza tym, podobnie jak w magię, czy Nibylandię, wciąż wierzę, że gdzieś tam istnieje mój McDreamy. Wystarczy tylko jeszcze chwilę poczekać... :)





















***

Paweł Piotr Reszka - Diabeł i tabliczka czekolady


Książkę poleca Mariusz Szczygieł: 

„Na każdy reportaż Pawła P. Reszki czekam jak na wydarzenie. I każdy jest dla mnie niespodzianką. Paweł ma zaskakujące tematy i świetnych bohaterów. Ma też talent, ale nie tylko reporterski. Otóż ma talent chirurga - jest chirurgiem mentalności. W tej książce pokroił swoim skalpelem Polskę i wyciągnął z jej wnętrza głupotę, nienawiść, mądrość i miłość. Przyjrzyjmy im się. Czego jest więcej i dlaczego?”


Prawdziwe, mocne teksty. Kompletnie obiektywne i pozostawiające miejsce na własne przemyślenia. Tabliczka czekolady autora jest słodko-gorzka i warto spróbować, aby zapamiętać jej smak na dłużej. Ksiązka została nominowana do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, a werdykt już jutro. 



Rose Lagercrantz - Moje serce skacze z radości



To powieść dla dzieci z ostatniego bibliotecznego zakupu, którą pochłonęłam zupełnie przypadkiem, poczas opracowywania.  Bohaterką jest Dunia, która tęskni za swoją przyjaciółką Fridą, ta bowiem wyprowadziła się do Uppsali. Lekki i przyjemny tekst poruszający problematykę przyjaźni, samotności i relacji rówieśniczych. Doskonale nadaje się zarówno na pogadankę podczas lekcji jak i na lekturę do poduszki. Bez wątpienia będę polecać odwiedzającym bibliotekę czytelnikom i dzieciatym znajomym. Oby jak najwięcej takich książek! 








Jarosław Grzędowicz - Księga jesiennych demonów


Wierzysz w demony? Większość ludzi nie wierzy.
Niesłusznie. Demony istnieją. I potrafią zniszczyć twoje życie. Tylko dlatego, że na kogoś musiało paść. A może kiedyś wszedłeś w ich sfery lub po prostu zwróciłeś na siebie ich uwagę zbytnim optymizmem? Może uśmiechnąłeś się w złym momencie? A teraz dziwisz się, że życie wali ci się na głowę...
„Księga jesiennych demonów” to książka o wszystkim, co niezwykłe; o wszystkim, co nie powinno się zdarzyć w życiu normalnego człowieka. A jednak się zdarza.
Proste rozwiązania są dla prostych problemów. Dla ciebie jest Księga.


Autor po raz kolejny sprawił, że zarwałam kilka nocy. Dosłownie wgniótł mnie swoimi tekstami w ziemię mimo że paradoksalnie odleciałam gdzieś daleko. Czułam zapach zbutwiałych liści, chłód poranka i krople deszczu. Chroniłam się przed wiatrem i wędrowałam przez miasto pod osłoną nocy. Widziałam mieszkania bohaterów, jadłam z nimi kolacje i przeżywałam przygody od których gęsia skórka ogarniała każdy milimetr ciała. Koncepcja pisarza opiera się na założeniu, że za każdym szeregiem niepowodzeń, które nas spotykają, czai się demon. Jesień doskonale im sprzyja. Karmią się zarówno zewnętrzną aurą jak i upatrzonym celem. 'Klub absolutnej karty kredytowej', 'Opowieść terapeuty', 'Wiedźma i wilk', 'Piorun' i 'Czarne motyle' to nie są zwykłe opowiadania. Każde z nich można potraktować jako oddzielną mini-powieść o hipnotycznych właściwościach. Jeżeli jeszcze nie mieliście do czynienia z jesiennymi demonami - najwyższa pora. Zróbcie to zanim nadejdzie jesień...

niedziela, 8 maja 2016

Marynara i fryzura...

W środę miasto przejęli maturzyści. Bardziej widoczni niż w pozostałe dni. Garnitury i białe bluzki sprawiały, że wszystko wokół wyglądało uroczyście i bardzo dojrzale. Z rozrzewnieniem zaczęłam wspominać własną maturę. Ciepłe dni, bzy przed komisją od których lekko kręciło się w głowie, ogromny stres, spocony długopis ściskany zdecydowanie za mocno i tysiąc pomysłów, z których należało dokonać słusznej selekcji. Indywidualizm zawitał zarówno na pisemnym polskim, jak i nieco później, podczas pisania pracy magisterskiej. Wdzięczny i rozległy temat pozwalający na ucieczkę od schematów, zaprezentowanie jednostki wyjątkowej, często wrażliwej i ujmująco pięknej. Pamiętam kurz na sali gimnastycznej, który wirował w promieniach słońca, pamiętam także ulgę kiedy opuszczałam salę po 5 godzinach i którą odczułam po raz kolejny, gdy byłam zwolniona z ustnego polskiego. Dziś wiem, że z pewnością udałoby mi się poprawić wynik z angielskiego, natomiast jeśli chodzi o matematykę, mam obawy, że wciąż mogłabym nie być w pełni dojrzała ;)



Uwielbiam maj. Mimo, że nadwyrężyłam kręgosłup i siedzę otoczona poduszkami, to i tak jest cudnie i niech tak będzie jak najdłużej. Wzruszam się obserwując ptaki, a kiedy widzę zieloność trawników gdzieniegdzie upstrzoną żółtymi mleczami, mam ochotę zatańczyć boso i wchłaniać chlorofil wraz ze szczęściem wszelkimi możliwymi sposobami. Może być przez skórę, albo w postaci drinków :)

Marek Krajewski, Jerzy Kawecki - Umarli mają głos


Marek Krajewski pisząc swoje kryminały, niejednokrotnie prosił o fachową pomoc Jerzego Kaweckiego. Ten wybitny patolog jak nikt inny potrafił dojrzeć mechanizmy zbrodni i wyjaśnić je za pomocą niezwykle wnikliwej obserwacji podczas wykonywanej pracy. Książka którą wspólnie stworzyli, opiera się na wspomnieniach doktora. Mamy zatem dwanaście opowieści znad stołu sekcyjnego. Niektóre fascynujące, inne przerażające, są i odrobinę zabawne, mimo że tematyka dość grobowa. Po przeczytaniu książki tylko utwierdziłam się w przekonaniu, ze chętnie zobaczyłabym sekcję zwłok. Ewentualnie operację. Opis cięcia lub obserwowanie go w serialach kryminalnych bądź medycznych zawsze wydawał mi się niezwykle fascynujący. Mogłam być lekarzem. Zostałam bibliotekarką. Pieprzona chemia ;)  W każdym razie, zbiór opowiadań został nominowany w Plebiscycie Książka Roku 2015 portalu lubimyczytać.pl w kategorii Literatura faktu. Zdecydowanie zasłużona nominacja. Poza tym ocena 7,13 mówi sama za siebie. To tak samo jak z filmami na yotube. Wiadomo, że powyżej 7 trafiamy na warte grzechu perełki. Zgrzeszcie koniecznie ;)

Aleksandra Zaprutko-Janicka - Okupacja od kuchni. Kobieca sztuka przetrwania


Istnieje wiele dzieł literackich traktujących o II wojnie światowej. Książki historyczne skrupulatnie opisujące poszczególne działania wojenne, czy też wspomnienia i pamiętniki osób, które ukrywały się, bądź doświadczyły tragicznych wydarzeń. Tutaj mamy wszystkiego po trochu plus bardzo istotny bonus. Przypatrujemy się wojnie od kuchni jak mówi tytuł i to bardzo dosłownie. W książce znajdziemy zarówno opisy poszczególnych produktów dostępnych na kartki, ale także wspomnienia osób, które owe produkty spożywały, bądź sprzedawały; zasady funkcjonowania czarnego rynku i ryzyko jakie się z tym wiązało; zajrzymy do lokali gastronomicznych, domowych ogródków, a przede wszystkim poznamy ogromną ilość przepisów powstałych dzięki niezwykłej zaradności Polek. Dzieło niesamowite i niezwykle szczegółowe, a dodatkowo napisane bardzo przystępnym językiem i opatrzone fotografiami obrazującymi wojenny, kulinarny świat. Warto!



Dziewczyny do wzięcia (1972, Polska)



Podejrzewam, że mało jest osób, które owej produkcji nie widziały. Film emitowany był w telewizji dość często, a ponieważ nie jest długi, idealnie i z gracją zapełniał luki programowe. Zawsze oglądam go z sentymentem i rozrzewnieniem, mimo że nigdy nie jechałam ze wsi do Warszawy w poszukiwaniu męża. Film nie zachęca także do kremu sułtańskiego. Natomiast jest niezwykle ciepłą historią pełną dziecięcej naiwności i ufności wobec świata. Za pomocą gry aktorskiej szczególnie urzekły mnie tytułowe bohaterki, w role których wcieliły się Ewa Szykulska, Ewa Pielach Mierzyńska, oraz Regina Regulska. To jeden z tych filmów, do których lubię wracać. Pamiętajcie tylko, że po obejrzeniu ciężko wyrzucić z głowy 'Pieski małe dwa..' ;)

    Ma Ma (2015, Hiszpania)



Nie przypominam sobie filmu, w którym Penelope Cruz wypadłaby źle. Uważam, że jest to wręcz. niemożliwe. Aktorka jest tak wielowymiarowa i naturalna, że z łatwością dopasowuje się do powierzanych jej ról i robi to znakomicie. Grana przez nią główna bohaterka, dowiaduje się, że ma raka. Jednak nie jest to film o umieraniu. Traktuje on o życiu i jego najpiękniejszych aspektach. To wzruszający obraz, który polecam wszystkim, bez względu na posiadany stopień wrażliwości. Hiszpańskie produkcje mają w sobie dużo magii. Nie wiem czy to kwestia języka, sposobu przedstawiania historii czy też ujęć, ale niech ta magia trwa.

Dużo ostatnio odkrywam muzyki. Są to zarówno brzmienia lekkie, akustyczne jak i elektroniczne czy symfoniczne. Dzisiaj dodaję tutaj Organka, którego wersja 'Zaopiekuj się mną' rozwala na cząsteczki oraz Konobę i Lilly Hates Roses. I korzystajcie z maja. Takiego jak ten, już więcej nie będzie :)










piątek, 29 kwietnia 2016

Budzenie z zimowego snu

Senność. Piasek pod powiekami i uczucie ciągłego zmęczenia, a do tego ziewanie w chwilach kompletnie nieadekwatnych do takich zachowań. Wirus przesilenia dopadł mnie znienacka i sprawił, że każdą dłuższą chwilę poza pracą poświęcałam na drzemki. W mieszkaniu zapełnił się zlew, na podłodze pojawiły się kłębki kurzu, które mrużąc oczy ciężko było odróżnić od Nuty, a na krzesłach  i fotelu powstały przedziwne konstrukcje odzieżowe od biedy mogące się nazywać piramidami.

Dziś posprzątałam. Odgruzowałam, przewietrzyłam i zatańczyłam w rytm 'Let's twist again'.
Zbliża się maj, a miesiąc ten jest moją kofeiną i wierzę, że wreszcie się obudzę, piasek zniknie, ziewanie ustanie i spędzę długie noce z książkami, które piętrzą się na regale. Nie chcę przy nich zasypiać. Pragnę zagłębiać się w historiach i opowieściach tak mocno, jak robiłam to jeszcze niedawno. Czuć zachwyt i zatrzeć granicę pomiędzy tym co realne, a odrealnione.

Pomimo onirycznej atmosfery, którą przyjęłam bez większych oporów, udało mi się sporządzić listę kilku postanowień. Grudzień nie jest dobrym miesiącem na tego typu wybryki, kwiecień natomiast całkiem, całkiem ;) 

1. Zdrowe sałatki do pracy

Oczywiście wszystko ze względu na witaminy. Wcale nie jestem uzależniona od pomidorów. Ani trochę. Jednak jeśli zaraz nie pojawią się w sklepach te soczyste i pełne smaku słońca kulki, to oszaleję. Uwielbiam też soczewicę. a wszystko w połączeniu z rukolą, cebulą, papryką i sosem cytrynowym doprowadza moje podniebienie do szaleństwa i rozsadza kubki smakowe na drobne kawałeczki ;)

  

2. Siłownia

Jeszcze nie byłam. Ale z pewnością kupię karnet. Uprałam na razie spodnie i naszykowałam t-shirt. Ach i zapełniłam mp3 muzyką. To zawsze kilka kroków do przodu. 


3. Piwnica

Od momentu, gdy wprowadziłam się do obecnego mieszkania, a minęło 1,5 roku, w piwnicy byłam tylko raz. Znieść mocno wyeksploatowany fotel sako. Upchnęłam go nogą, po czym zamknęłam kłódkę. Jest tam mnóstwo niepotrzebnych desek, listewek, farb, paneli i innych elementów świata przedstawionego. Czas posprzątać. W końcu to też moja przestrzeń, gdzie spokojnie można wstawić balon z winem, albo konia na biegunach.

***

1 książka 2 filmy. Zapraszam :)

Marek Kochan - Plac Zabaw 


Z pewnością nie jest to lekka książka. Należy raczej do grupy tych ambitnych, ale polecam każdemu, kto chciałby zakosztować nieco innej, polskiej, współczesnej literatury i spojrzeć na tacierzyństwo z przymrużeniem oka. Mamy tutaj mężczyzn upupionych, zupełnie jak u Gombrowicza. Są oni zdegradowani do roli Kotusiów. Tytułowy Plac Zabaw można potraktować dosłownie, gdyż jeden z bohaterów odwiedza owe miejsce z dzieckiem, ale również w przenośni, jako odwołanie do naszego życia. Walka o własne miejsce, radzenie sobie z konkurencją, negocjacje, szukanie sprzymierzeńców... - czy nie brzmi znajomo? Niewątpliwą zaletą powieści jest język przepełniony humorem, sarkazmem, ironią i neologizmami. Znajdziemy tu zarówno opowiadania, fragmenty eseju i reportażu, a także tekst rymowany. Odrobinę bałam się przed spotkaniem DKK, którego tematem była ta książka, ale moi klubowicze są niesamowici i dali radę. Nie dość, że dyskusja okazała się owocna, to jeszcze trwała dość długo i wszyscy byli zadowoleni.


Jeśli chodzi o filmy, miałam okazję zakosztować ostatnio animacji. Odbieram je obecnie zupełnie inaczej niż w dzieciństwie. Poza formą stricte treściową zwracam większą uwagę na obraz, dubbing i muzykę. Doszukuję się drugiego dna i sprawia mi to niesamowitą przyjemność :)

Wilcze dzieci (2012, Japonia)



Kiedy byłam mała, bałam się wilkołaków. Zaczęło się od 'Akademii Pana Kleksa'. Wówczas nie wiedziałam, że piosenka towarzysząca przemarszowi stworzeń jest autorstwa TSA. Liczył się tylko fakt, że powodowały u mnie nieracjonalny lęk, a kiedy słyszałam ich piszczenie, zakrywałam uszy. Czasem, przypominałam sobie o nich wieczorem i szczelnie zakrywałam stopy kołdrą. Ciemny pokój nie stanowił bezpiecznego schronienia. Dziś oczywiście mam zupełnie inne podejście do tematu, a 'Wilcze dzieci' obejrzałam z ogromną przyjemnością. Piękna animacja przepełniona tajemnicą, miłością i radością. Warto jak diabli. Albo jak wilcy ;)

W głowie się nie mieści (2015, USA)




Dawno nie widziałam równie ładnie opowiedzianej historii o emocjach. Zasłużony Oskar, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Główna bohaterka to nastoletnia dziewczynka, Riley. Jej życiem rządzi Radość, Smutek, Strach, Gniew i Odraza. Kiedy przeprowadza się z rodzicami do San Francisco, powstaje małe zamieszanie... Obejrzyjcie koniecznie. Niezależnie od tego, czy macie lat 5, 10 czy 50. Wierzę, że Was urzeknie i pozostanie w głowie na dłużej.

Podróż na plac zabaw i w świat bajek.
Warto pielęgnować w sobie dziecko.
Dorosłość to żadna frajda.
Majówka ma być chłodna, więc jeśli nie grillujecie,moje propozycje stanowią zacną opcję :)