środa, 4 lipca 2018

Szukając ukojenia


Wieczór.. otuliłam się wanilią. Zapach płynie przez całe mieszkanie. Próbuję nie robić sztormów wewnątrz siebie. Próbuję wygładzić fale i przestać się martwić. Czasem okazuje się, iż jest to ogromnie trudnym zadaniem. Nie wiem jak umocnić kruchość. W przypadku obrazów mamy impregnaty, do drewnianych rzeźb, można zastosować bejcę.. a co w przypadku kruchości człowieka? Dziełem sztuki z pewnością nie jestem. Moje dziecko urodzi się za kilka miesięcy, a ja już teraz chciałabym je chronić przed całą niegodziwością świata. Nie da się, wiem. I z tego powodu też chwilami łzy zaczynają nagle płynąć ciepłą strużką. 
Tymczasem dzisiaj mamy wanilię. 
Otulamy się dalej. Kołyszemy. 
Mamy też liska na szczęście. Odpędza wszelkie złe myśli.
W następnym tygodniu idziemy do szpitala. Wszystko przesunęło się o tydzień, ale nie dało się inaczej. Trzymajcie kciuki.Zrobimy badania i wychodzimy. Czeka na nas świat. I tysiące rzeczy, którymi warto się zachwycać.





***

Z ostatnio przeczytanych :)



Mała księżniczka - chyba zawsze już będę do niej wracać. Uwielbiam. Idąc za ciosem obejrzałam również film. Jejku, jakie to ładne. Naprawdę! I nie mówię tak, bo mam w sobie rój hormonów. Możecie sprawdzić sami :)



Położna : 3550 cudów narodzin - bardzo mądra książka. Polecam wszystkim czekającym na maleństwo, ale nie tylko. Bo pokazuje jak można zmieniać rzeczywistość. By było łatwiej, lepiej i bez bólu. By człowiek, był dla człowieka człowiekiem.


Pypcie na języku - Ciepła, pełna humoru i piękna książka o błędach językowych, śmiesznych nazwach i sformułowaniach. Chwilami śmiałam się głośno i nie mogłam przestać.
Przeczytajcie koniecznie! Dowiecie się m.in. o trasie: Kazimierz - Nielisz - Cyców - Niemce ;)


Filmowo natomiast, wsiąknęłam w serial "Skins", ale już dobiegam do mety i zacznę nadrabiać zaległości. Kiedyś w końcu trzeba obejrzeć "Ojca Chrzestnego". ;)

wtorek, 5 czerwca 2018

Znaleźć w sobie dziecko




19 kwietnia siedziałam w łazience i od niechcenia sikałam na test, a później w oczekiwaniu głaskałam kota i czytałam etykietę z suchego szamponu.  Prawdę mówiąc, początkowo, te dwie kreski nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Była piąta rano, ale jednak... zasnąć już nie mogłam. Leżałam w łóżku słuchając ptaków za oknem i zastanawiając się jak szybko zacznie zmieniać się mój świat. Niemal namacalnie czułam, że coś odchodzi bezpowrotnie. Jeszcze nie wiedziałam jak reagować. Nie wiedziałam też, skąd bierze się ten wielki niepokój, który coraz intensywniej we mnie kiełkuje. Później przyszedł czas na badanie krwi, jedno.. drugie... Coraz bardziej zaczęłam upewniać się, że nie jestem sama. I już nie będę. Na majówkę. pojechałam do Sanoka, gdzie odpuściłam i starałam cieszyć się słońcem, pogodą i Nim. Wreszcie 8 maja, po raz pierwszy, gdzieś na drugim końcu Łodzi, o godzinie 8:20, usłyszałam bicie serca. Myślałam, że mnie to nie wzruszy. Ale kurcze, właśnie wtedy poczułam, że mam pod sercem maleńkiego człowieka. Istotę, która sprawia, że płaczę, śmieję się, zasypiam i sikam częściej niż zwykle. I tak właśnie moje życie zmieniło się i zaczęłam już bardzo poważnie martwić się o milion spraw, które wcześniej nie miały dla mnie najmniejszego znaczenia. Jeśli ktoś mnie teraz spyta, czy wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia, mogę wreszcie z pełnym przekonaniem powiedzieć, że tak. Od 8 maja. I od wczoraj też. Z tym, że od drugiego. Bo widziałam już rączki i nóżki. I nos też. A nawet ucho. Są chwile, kiedy wciąż wydaje mi się to niemożliwe. Bo to przecież cud. I powoli zaczynam przechodzić do porządku dziennego nad tym, że ogromnie wkurzają mnie okruszki na blacie i muszę je już teraz, w tej chwili zetrzeć. Nie dziwię się, kiedy łzy zaczynają lecieć mi ciurkiem, bo zobaczyłam reklamę karmy dla psów, albo usłyszałam instrumentalną wersję "Wonderful tonight". Nie ma dla mnie znaczenia również, czy dziecku widać między nogami siusiaka czy nie. Serio. Owszem, będę chciała poznać płeć, ale czy to teraz takie ważne? Ważne, że wyniki badań wychodzą tak dobrze i przestałam mieć straszne bóle brzucha. Ważne, że nie jest mi duszno. Zmieniłam miejsce pracy i mam teraz więcej przestrzeni. Mogę pójść spacerkiem nie martwiąc się, że po drodze trzeba zrobić kilka postojów i mogę nie zdążyć. Czuję się... lekko. Mam dwa serca. Czekają mnie długie wakacje. A później przygoda. Będę mamą. Wiem, że będzie ciężko. Ale naprawdę nie mogę się doczekać. Nawet kiedy teraz to piszę, czuję jak łza spływa w dół. Niech płynie. Jestem szczęśliwa :)


Dzisiaj wklejam tylko okładki ostatnio przeczytanych książek. Być może było ich więcej, nie zawsze udaje się wszystko zapamiętać, bądź zapisać. Aczkolwiek miałam mały zastój czytelniczy, powróciłam bowiem do serialu "Once upon a time" i przeżywam przygody Śnieżki, Emmy, Księcia i Złej Królowej :) Nadrobię! Choć ciągnie mnie nie tylko do nowości, ale i do powrotów. Na pierwszy ogień pójdzie warta przypomnienia, jedna z ukochanych... - Mała Księżniczka :)


   
  


  






środa, 23 maja 2018

...już niedługo... :)

Mam tutaj ogromne zaległości, ale już spieszę z wyjaśnieniem. Zresztą kilka osób do mnie pisało w tej sprawie, co przyznaję, było niezmiernie miłe... :) Okres między zimą, a wiosnolatem był dość ciężki. Jedyne na co miałam ochotę to tworzenie gawry w kocyku, herbatka, sen, książki i seriale. Już nawet miałam całkiem zawieszać bloga, ale szkoda mi tego miejsca. Lubię czasem wejść i zacząć pisać, a później cieszyć się, kiedy słowa same wyskakują spod ręki jak szalone pasikoniki :) Teraz natomiast duuużo się zmienia. Ogromnie dużo! Szczegóły już niedługo, bo jeszcze dosłownie chwilka i będę miała więcej czasu na aktualizacje, zachwyty i dzielenie się z Wami tym co mnie urzeka, rozczula, bawi... i wkurza też..
Zatem cierpliwości! Jeszcze ciut, ciut!
Pozdrawiam cieplutko :)


sobota, 24 lutego 2018

Po drugiej stronie lustra



Luty powoli dobiega końca. Widzę już jego ogon, kosmaty jak u lisa syberyjskiego i z nadzieją czekam, aż zniknie za zakrętem. Marzec jest bardziej optymistyczny. Wiem, że tuż po nim kwiecień, bazie kotki, wychodzące spod ziemi kwiaty jak radosne, pijane pędraki i młoda, jasnozielona trawa. Poza tym pachnie wiosną. Uwielbiam. Więcej słońca, ciepła, możliwości, mniej ubrań, problemów i zmartwień. Dlatego czekam. Czasem spokojnie, zanurzając się w książkach i filmach niczym w ciepłym morzu, innym razem niecierpliwie, parząc usta gorącą kawą gdy wyglądam przez okno i widzę zamarznięte szyby samochodów.



*****

Zima jest depresyjna i o tym też chciałam napisać kilka słów, bo myślę, że warto mimo że temat niezbyt optymistyczny. Wczoraj obchodzony był Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. Przyznaję, że to podstępna suka. Nie pasują tu inne słowa. Kiedyś męczyłam się z nią bardzo długo. Ostatnio jeśli wraca, to tylko na kilka dni. Za każdym razem boję się jednak, że zostanie na dłużej. Jest jak kleszcz bądź pijawka. Wkręca się mocno i niepostrzeżenie i wysysa energię, siłę oraz chęć istnienia. Nagle zaczynam się bać. Lęk łączy się ze smutkiem, a smutek wyciska łzy. Pojawia się bezsilność, bezradność i zagubienie. Moja przestrzeń na co dzień jest dość mała. Nie oszukujmy się, kawalerka to nie ekskluzywny apartament.. ale wówczas, teren ogranicza się do kocyka bądź kołdry. Codzienne czynności stanowią ogromne wyzwania, ponieważ nie mam siły. Zwykły prysznic, czesanie włosów bądź zrobienie śniadania najzwyczajniej przerasta i stanowi ogromne wyzwanie. Mam wówczas wrażenie, że „tonieja”. Czuję jakbym została zamknięta po drugiej stronie lustra i nie mogła się wydostać. Nie pomagają memy z kotami i ojojanie. To dzika choroba i ciężko ją oswoić. Ale mam wrażenie, ze moja ostatnio zaczyna słuchać. W niektórych przypadkach, potrzeba czasu, terapii, czasem leków. Warto konsultować, diagnozować i się nie bać. Napiszę zatem, jak radzę sobie z tym ostatnio i dzięki temu nie trwa tak długo jak wcześniej.
Pozwalam sobie na łzy. Czasem przez kilka godzin. Niech lecą. Długo tkwię w książkach i filmach, by myśleć o nich, a nie o tym, co złego może, a nawet musi się stać, bądź jak bardzo jestem popieprzona i beznadziejna. Ale później walczę. Dzwonię do kogoś bliskiego. Nie wstydzę się, że tak się zdarza. Czy ktoś z was wstydzi się grypy? No właśnie. Powoli wypełzam na zewnątrz. Wbrew wszystkiemu wchodzę do wanny… i szukam choć jednego powodu, dla którego mogłabym siebie lubić. Zbieram pozytywne myśli i porządkuję powoli. Kiedy są ułożone na tych mrocznych to trochę tak, jakby błoto przykrył śnieg. Nie pomaga od razu. Nie ma cudów. Ale w moim przypadku, te drobne elementy, są składowymi, które pomagają wydostać się na powierzchnie. Bo naprawdę wolę słońce, choć nie lubię opalania ;) I chcę się nim cieszyć w każdej możliwej chwili.
(...a z memów śmieję się zawsze. Trzeba dystansu, inaczej zwariujemy wszyscy, a to nie jest wskazane i polecane przez lekarzy i farmaceutów ;))



Z ostatnio przeczytanych:



I tak naprawdę obie polecam. Dziś nie czas na obfite i wyrafinowane recenzje. Spróbujcie sami. Pan Szczerek jest bardzo trafny w swoich spostrzeżeniach. Wiem, że na DKK zostanie nieco zrugany za wulgaryzmy, ale to cząstka. A bez niej, nie byłoby tak swojsko i prawdziwie. A Bukowski? Bo nie oszukujmy się, ale półki z poezją są najbardziej zakurzone w bibliotece. I z własnej woli rzadko kto sięga po tomiki wierszy. A tutaj mamy do czynienia z perełką i mistrzem. Bukowski umiał obserwować i wyciągać wnioski. Jego poezja nie opowiada o kwiatkach i serduszkach. Jest surowa, zabawna i nad wyraz piękna, pięknem prawdziwym. Zajrzyjcie i przeczytajcie choć kilka fragmentów. Choć nie biorę na siebie odpowiedzialności za to, że później przygarniecie kota. Albo od razu pięć.



Dziś sobota i cały dzień przeleżałam w łóżku. Czytelnicy nanieśli do biblioteki kilka kilogramów złośliwych mikrobów, a z tego, co wiem, grypa położyła już ¾ miasta. Walczę zatem. Kilka białych tabletek, gorąca herbata z cytryną, Netflix i sukces blisko. Swoją drogą… polecam wszystkim, nie tylko przeziębionym taki leniwy dzień. Warto czasem olać sprzątanie i załatwianie tysiąca spraw. Świat poczeka. Serio.



sobota, 10 lutego 2018

sentymentalnie

Oglądając Gilmore Girls, zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak żyje się w małych miasteczkach takich jak Stars Hollow. I nagle uderzyła mnie świadomość, że przecież w jednym z nich mieszkam! Może nie jest aż tak małe, ale posiada wiele cech charakterystycznych dla miejsc totalnie nieanonimowych. Cóż, w pewnym stopniu jestem introwertyczna, ale istnienie tutaj jest naprawdę przyjemne i chyba także terapeutyczne i kojące. Idąc ulicą często słyszę "dzień dobry!" lub - w zależności kogo spotykam -"Ojej! Miałam/miałem oddać książki!". Jadąc przez miasto samochodem, znajomy listonosz macha do mnie lub dzwoni na telefon kiedy ma przesyłkę. Pani na ryneczku za darmo wlewa mi do słoika wodę od ogórków, a ta z piekarni poleca najświeższe ciasteczka. Wszędzie jest blisko, dlatego kiedy po raz kolejny nissan odmawia posłuszeństwa, w przeciągu 25 minut dojdę na drugi koniec miasta. Im dłużej o tym myślę, tym więcej znajduję plusów i utwierdzam się w przekonaniu, że dobrze trafiłam :) Dziś na przykład, podczas spaceru, zupełnie przypadkowo w jednym ze sklepików znalazłam torbę z Totoro. Uwielbiam go! Pamiętam, że oglądając animację mocno się wzruszałam, pozwalając czarnym strumykom z tuszu na spływanie po policzkach.



*****
Olga Drenda - Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w czasach transformacji.




Wygląda bardzo niepozornie. Okładkowo, sprawia wrażenie nudnego bądź poważnego i patetycznego kawałka literatury, tymczasem wcale tak nie jest. To wehikuł czasu. Nostalgiczny, pozwalający uwolnić wspomnienia, przywołujący uśmiech. Otóż nagle, ponownie znajdujemy się w Polsce przełomu lat 80 i 90. Przygladamy się jej przez pryzmat przedmiotów, zjawisk i obyczajów. Znów widzimy fotografie z charaktrystyczną, złotą poświatą, meblościanki, kwietniki zajmujące całe ściany, ciężkie zasłony i solidne tapczany. Po raz kolejny stają przed nami na chodnikach kioski, oglądamy pierwsze reklamy, kupujemy na targowiskach legalne pirackie (sic!) składanki z muzyką, a wieczorem z wypiekami na twarzy oglądamy seanse Kaszpirowskiego. Wbrew wszystkiemu to ciekawa podróż. Język, którym posłużyła się autorka jest niezwykle ciepły i przystępny co zdecydowanie poszerza grono odbiorców. Polecam zatem. Powrót do przeszłości bywa bardzo orzeźwiający. A słowo: "duchologia" niezwykle przypadło mi do gustu :)



*****

Ostatnio uwielbiam liski. Naprawdę. Zaczęło się od Lisich Spraw, a później za każdym razem gdy widzę motyw rudych maleństw cieszę się jak dziecko. Podobnie jest z motywem Gorjuss. Ceny produktów jednak wyrzucają z pantofli! Tym dziksza moja satysfakcja, że udało się nabyć bidon w jednym ze sklepów HomeSay 😊

  

  




Mój urlop dobiega końca. Jak to zwykle bywa, z chwilą kiedy złożyłam kartę urlopową, czas niepostrzeżenie i złośliwie przyspieszył. Chciałabym jeszcze trochę rozkoszować się poranną ciszą. Popatrzeć na słońce, które tuż po dwunastej rozświetla myjącego się na fotelu kota. Więcej spacerować. Zagłębiać się w książki wpełzając pod kocyk o dowolnej porze, albo jechać na kawę do nigdziebądź. Wyrzucić zegar. Nie spieszyć się. Być najwłaściwiej.

Może niedługo znów.
Chciałabym. 

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Prawda

Każdy ma jakieś swoje prawdy życiowe. Ja chyba jeszcze jestem za młoda, by kategorycznie stwierdzić iż któraś jest definitywnie i niezaprzeczalnie moją jedyną i najważniejszą. Niemniej jednak, zdarza się iż czasem dochodzę do niektórych poprzez życiowe perypetie i wówczas staram się zapamiętać, ale wiadomo… pamięć bywa ulotną.  Zatem z tych, które są ważne i istotne! 

- Nie należy mieszać alkoholi.
- Asi nie wolno czystu wódku
-W domu warto mieć wodę od ogórków
- Ziemniaki, które wypuściły pędy, można zjeść nadal. Tylko bez pędów.
- Bieda potęguje kreatywność
- Jeśli nerwowo zastanawiam się, czy zamknęłam drzwi od domu – tak, zamknęłam.
 To czynność, której się nie pamięta. Żelazko też wyłączyłam.
 Gdy jednak myślę o prostownicy, na bank wciąż grzeje!
- Nie potrzebuję kolejnych pierdół do mieszkania, tylko dlatego, że jest w cudowne sowy, kotki albo liski. (ale pościel może być. Kubeczek też)
- Kiedy kolejny dzień nie widać kota, może być zamknięty w szafie lub w wersalce.

Tak, na razie to chyba tyle, choć zapewne jest ich więcej. Dużo więcej. Te są jednak dość istotne, a biorąc pod uwagę przygody nocą i dniem podczas minionego weekendu,  pierwsze dwa muszę sobie zapamiętać definitywnie, wyryć i przestrzegać. Wam też gorąco polecam ;)

W tym tygodniu jestem w pracy sama. Samotność jednak nie doskwiera, a czytelnicy dopisują. Praca idzie wzorowo, niespodziewanie wręcz jak na poniedziałek. Napisałam 10 zaległych relacji ze spotkań DKK, zrobiłam porządki i wyszorowałam podłogę. W całej bibliotece unosi się delikatny, cytrynowy aromat, a ja odbieram telefony z pytaniem, często na jednym wdechu: „czydziśotwarte,noboferie”.

Serialowo wróciłam na chwilę sentymentalnie do „Gilmore Girls”, bo pamiętałam iż kiedyś lubiłam ogromnie, a wczoraj z A. znaleźliśmy w czeluściach Internetu odcinki „Czterdziestolatka”. Kurcze, odlot! Polecam takie nostalgiczne podróże. Warto. Zawsze.
Literacko chwilowo bez zmian, ale jeśli tylko trafię na coś nowego i niezwykłego, z pewnością nie zapomnę, by zdać tutaj krótką relację. Czasem rano patrzę przez okno i pijąc kawę z mlekiem rzucam złowrogie zaklęcie: „zimo ić!” (pisownia celowa, potęgująca wrogość). Obawiam się, że nie mam w sobie mocy Szeptuchy, ale wierzcie mi, staram się mocno! I jeśli w lutym nagle zacznie świecić słońce, wyjdą kwiatki, na drzewach pojawią się pierwsze pąki, a do okien zastukają dziobem bociany i cietrzewie – wiecie komu dziękować! J

niedziela, 21 stycznia 2018

#booklover


Zastanawiałam się dzisiaj czy można pracować w bibliotece, nie kochając książek. Przychodzić do pracy, spędzać tu 8 godzin i tak po prostu wychodzić. Pewnie można. ale po co? Wydaje mi się, że to jeden z zawodów, w których należy kochać zarówno książki jak i samo czytanie. Może nie do końca powołanie, ale z pewnością pasja. Czasem, przed otwarciem wędruję między regałami, układam poszczególne działy i głaszczę grzbiety. Kiedy czuję się przytłoczona lub mam zły nastrój, wchodzę na kilka minut pomiędzy regały z literaturą różnych narodów, gdzie powstał mały kącik i zamykam oczy. Pomaga. Puls staje się bardziej regularny, serce nie bije tak szybko. wyciszam się. Uspokajam. A jednocześnie odczuwam przypływ łagodnej szczęśliwości, którą szczelnie się otulam. Wspominam czasem chwile, zanim tu trafiłam. Wiecie, że w bibliotece jestem już 10 lat? Zaczęłam szukać pracy liżąc rany po kilku miesiącach w firmie, która totalnie zniszczyła moje poczucie własnej wartości. Odpoczęłam i wędrowałam z teczką wypełnioną CV. Był wówczas dość ciepły kwiecień. Udało się. I choć czasem coś uwiera, to tłumaczę sobie, że nie ma miejsc idealnych. I nie potrafię wyobrazić sobie siebie w innym zawodzie. 



Niezależnie jednak od miłości do książek i pracy, którą lubię, potrzebuję urlopu. Niecierpliwie odliczam dni. Jeszcze dwanaście. Na przekór zimie, mrozom i wszelkim niedogodnościom postaram się, by były to dni pełne sprzeczności. Jak ja. Zatem wypełnię je niezmiernie przyjemną aktywnością i lenistwem :) Mam w planach dwudniowy wyjazd, szereg spacerów, basen... a także dalsze odkrywanie uroków Netflixa i Legimi. Jedno i drugie to czyste zło. Ale jakże cudownie pozwalają oderwać się od rzeczywistości... Wiecie co? Jest dobrze. Nie byłam pewna, ale teraz już wiem. 
Czy tak samo jest, kiedy zanurzamy się w basenie z piłeczkami? 
A może to jak smak kawy w miejscu z niesamowitym widokiem?
Pierwszy lot samolotem?
Zapach powietrza tuż po burzy w nieznanym miejscu?
Przytulanie latem nad spokojną wodą?
Nie jestem pewna. Ale wszystko sprawdzę i porównam! 


sobota, 13 stycznia 2018

Słów kilka spod kocyka

Zerknęłam na kalendarz. Już prawie połowa pierwszego miesiąca w roku. Tym razem dość płynnie udało mi się przyzwyczaić do pisania "2018" i nie mylę się jak zazwyczaj, kiedy to pozostawałam co najmniej do końca lutego nieustająco w przeszłości. Jak zaczął się ten rok? Otóż mijają prawie dwa tygodnie, kiedy nie palę. Nie jest jakoś ogromnie ciężko. Spodziewałam się konwulsji i zwijania na łóżku na podobieństwo różowych dżdżownic, które wiją się nieziemsko, gdy je dotykamy.  Tymczasem widzę sporo plusów (albo krzyży, kto wie?) Jestem bardziej wypoczęta, mam ładniejszą cerę, czuję zapachy (niestety, ludzi unikających mydła również..) i dużo sprzątam. Z tym sprzątaniem to faktycznie niezły odjazd. Nigdy chyba nie miałam tak ładnie poukładanych rzeczy w szafie. Nawet wtedy, gdy się tutaj wprowadziłam. Zmywam po każdym posiłku, zatem w kuchni nie piętrzą się już stosy naczyń i po raz pierwszy od kilku miesięcy umyłam podłogę (jednak jest jaśniejsza niż myślałam). Największym plusem jest brak chronicznego zmęczenia. Przez kilka ostatnich miesięcy, nieustannie szukałam pretekstu do drzemki. Oczywiście w nocy, nie potrafiłam zasnąć jak normalny ludź przed północą, lecz zazwyczaj dopiero pomiędzy drugą, a trzecią. Teraz zdarza mi się zasypiać podobnie (czego zapewne już nie zmienię) ale rano nie mam przekrwionych oczu i żądzy mordu wypisanej na twarzy. Podoba mi się taki progres i mega motywuje.


Cóż poza tym.. Ach, no tak! Wreszcie nic nie boli. Żadne zęby, głowy ani kolana. Nie wiem do kogo zwrócić się w tej kwestii, ale jeśli to nieuniknione, niech zacznie boleć za jakieś 30-35 lat. Dobrze?Wcześniej nie chcę. Mam trochę planów. I tym razem silne i niezłomne założenie, by wszystkie po kolei i z dziką rozkoszą realizować. Tak na szybko, poniżej moje. A jak to wygląda u Was? 


Założyłam Instagrama. Właściwie miałam go już wcześniej, ale poza zdjęciem mojego kota wrzuconym w styczniu 2015, nic więcej się tam nie działo, a o samym koncie kompletnie zapomniałam. Tym razem postanowiłam codziennie dodawać jedno zdjęcie. Nawet jeśli będzie nieudane i żenujące. Mam w sobie ogromną potrzebę regularności i czasem wydaje mi się, że bez tego zacznę się rozpadać. Oczywiście tym razem mam kogoś, kto jest moim mega klejem i spoiwem, ale odczuwam przyjemną satysfakcję, jeśli sama wygrzebuję się z tej paskudnej, depresyjnej ścieżki. Zatem! Jeśli ktoś miałby ochotę, serdecznie zapraszam :) Instagram Szeptana

Książkowo


Nadrabiam powoli zaległości, których nazbierało się niestety dużo. W tym roku zaczęłam od Olgi Rudnickiej i książki, która gdzieś mi umknęła - "Granat poproszę!". Powieść niezawodnie poprawiła humor, a niektóre momenty sprawiały, że zaśmiewałam się głośno budząc Nutkę, która ze zdegustowaną miną i podniesionym ogonem opuszczała obrażona łóżko. Oprócz tego, zaczęłam "Broad Peak. Niebo i Piekło". Jak każdy z reportaży dotyczących alpinistów, z którymi miałam do czynienia i ten wciąga niesamowicie. Obawiam się, że ja żadnych szczytów już zdobywać nie będę ze względu na chore kolano, ale poczytać o tych, którzy walcząc z własnymi ograniczeniami zdobyli te najwyższe, zawsze miło i ekscytująco. Dla relaksu, paradoksalnie przeplatam sobie reportaż z kryminałem. Niech się leje krew, niech szukają mordercy. Ja zjem wszystkie ciasteczka i dowiem się kto zabił! Zatem pozycja trzy w tegorocznym zestawieniu to Gillian Flynn i "Ostre przedmioty". Jeszcze nie wiem, czy to nóż, siekiera, tasak, a może jednorazowa golarka? Zobaczymy ;)


Filmowo

Zacznę może od tego, że ostatnio, podczas produkcji trwających więcej niż 90 minut, zdarzało mi się zapadać w sen. Dawno już nie trafiłam na film, która trzymałby w napięciu do ostatniej minuty. Chciałabym bardzo.. Tymczasem cóż... Suicide Squad mocno rozczarował. Ja rozumiem, że to bardziej dla młodzieży, a ja młodsza nie będę już nigdy, no ale... 



Jeśli chodzi zaś o tegoroczne seriale, zaczęłam Podróżników, jednak to ciut za wcześnie, by wyrobić sobie o nich opinię. Skończyłam 8 odcinków The end of the f**king world i polecam, bo obraz bardzo przyjemny i inny od masy powstałych ostatnio tworów, a także zaczęłam Atypowego, który również mi podpasował. Może dlatego, że sama odnajduję w sobie czasem pewne autystyczne elementy. Na szczęście zminiaturyzowane, ale zawsze. Głównie chodzi o nagłe zmiany planów i potrzebę regularności choćby w jednym aspekcie codzienności. Łatwo ogarnąć :) 






Założyłam też, korzystając z radością z darmowej opcji, konto na showmax. Jeszcze nie zagłębiłam się w bogactwa zawartości, ale pierwszy rzut oka pozwala stwierdzić, że będę miała na co paczeć ;)
Zostawiam Was z utworem, którego mogę słuchać trzysta pięćdziesiąt osiem razy pod rząd i za każdym razem będzie tak samo urzekał. Indżoj!




wtorek, 2 stycznia 2018

Bądź łaskawy, nowy rocku !


„Wreszcie zrozumiałem, co to znaczy ból. Ból to wcale nie znaczy dostać lanie, aż się mdleje. Ani nie znaczy rozciąć sobie stopę odłamkiem szkła tak, że lekarz musi ją zszywać. Ból zaczyna się dopiero wtedy, kiedy boli nas calutkie serce i zdaje się nam, że zaraz przez to umrzemy, i na dodatek nie możemy nikomu zdradzić naszego sekretu. Ból sprawia, że nie chce nam się ruszać ani ręką, ani nogą ani nawet przekręcić głowy na poduszce.”

                                         (José Mauro de Vasconcelos – Moje drzewko pomarańczowe)

Zazwyczaj lubiłam grudniowe dni. Choć w okresie zimowym senność jest zdecydowanie większa, to jednak ostatni miesiąc roku ma mnóstwo plusów. Poranne przymrozki i bajkowe widoki, świąteczny klimat, zapach choinki, pomarańczy i pysznych potraw, czy płatki śniegu wirujące z lekkością. Jednak w tym roku nie było tak przyjemnie. Zaczęło się od lekkiego bólu zęba, a po licznych komplikacjach skończyło na usunięciu dolnej ósemki i ostrym stanie zapalnym tuż po. Czas pomiędzy 15 a 27 grudnia, pamiętam mgliście i choć starałam się z całych sił uśmiechać, to w środku wszystko we mnie płakało. Nigdy jeszcze nie doświadczyłam takiego ogromu bólu. Wszystko potęgował silny głód. Staram się zazwyczaj być silna, tym razem jednak najzwyczajniej mnie to przerosło.

(Chwilowa ulga dzięki okładowi podczas Wigilii)

Świadomość, iż posiadam wsparcie wśród najbliższych była bardzo pomocna, lecz przyszedł moment, kiedy uświadomiłam sobie, że dla nich też musi to być męczące. Chciałam zniknąć, by nie przysparzać nikomu problemu. Wiem, dziwne myślenie, ale było to wynikiem skumulowania bólu i braku siły do dalszej walki o poprawę samopoczucia. Chciałam zniknąć. Umrzeć. Po prostu już nie czuć. Dużo myślałam o granicach. Dlaczego czasem cierpienie brutalnie odziera z godności? Zabiera uśmiech, kumuluje łzy i piętnuje lękiem? Dlaczego tyle nocy musiałam walczyć z potworami? Nie wiem. Wydaje mi się, że nadwrażliwość to mój wróg.Widzieć, czuć i doznawać więcej. Serio? Wierzcie mi, to wcale nie jest fajne. Są ludzie, których nie darzę szczególną sympatią, są tacy, których konkretnie nie lubię i nie trawię. Mimo to, nikomu nie życzyłabym podobnych przeżyć. Nikomu. Dziś jest już lepiej, ale nadal częściowo nie mam czucia w dolnej wardze. Wciąż utrzymuje się też lekki szczękościsk. Chciałabym bezboleśnie przepłynąć przez styczeń. Niech w kontraście do upiornego grudnia, będzie piękny i przyniesie same przyjemności.
A podsumowanie tego roku? Pierwsza połowa nie była najlepsza. Nie wracam. Zamknęłam tamten rozdział definitywnie. Najlepszym rozwiązaniem okazało się rzucić wszystko i jechać w Bieszczady.
I przełomowym momentem był dzień, kiedy weszłam na Fereczatą. Usiadłam, poczułam wiatr na twarzy i zrozumiałam. Trzeba walczyć o siebie. Druga połowa zaczęła się wychodzeniem z mgły. I cóż, choć myślałam, że się nie uda, teraz ponownie wierzę w kolory. Bajki. I szczęśliwe zakończenia też. Z postanowień... Pielęgnować miłość. Odnajdywać więcej powodów do zachwytu. Podróżować, czytać, oglądać, doznawać i nauczyć się czegoś nowego. A jeśli chodzi o noworoczne życzenia, może po prostu więcej się nie bać.
I żeby nie bolało.  

sobota, 25 listopada 2017

Zrób mi dobrze literami

Pamiętam początki akcji: „Nie czytasz – nie idę z tobą do łóżka”. Pomyślałam sobie wówczas, że pomysł genialny. I absolutnie nie należy interpretować od razu hasła jako: czytasz – idę z Tobą do łóżka. Nie! To za proste i nie działa w ten sposób. Wówczas pewnie portale randkowe przepełnione byłyby fotkami pseudoczytaczy, a w klubach i pubach wszyscy wyposażeni byliby w dzieła Dostojewskiego, Żeromskiego albo Cobena. Swoją drogą interesująca wizja, ale jednak prawdziwe wyjątki są bardziej wartościowe niż sztuczne tłumy. Promocja czytelnictwa nie musi trzymać się sztywnych i zakurzonych ram, które od dawna już nie działają na potencjalnych czytelników. W moim osobistym przekonaniu, czytający mężczyźni są znacznie bardziej atrakcyjni. Może wiąże się to z tym, że należę do grona osób, które najzwyczajniej podnieca mózg. Nie należy tu jednak podążać tropem Hannibala Lectera. Innych móżdżków również nie konsumuję. Ale narząd piękny.
Oczywiście nie dotyczy to czytania wszystkiego. Muszę zmartwić szerokie grono. Odpadają ulotki z Tesco, czy Biedronki, etykiety z Domestosów i daty ważności z twarożków. Odpada również Gazeta Polska i Atlas Kotów – wybacz Jarku. Panowie, serio. Z książką w dłoni, niezależnie, czy jest to klasyka, fantastyka, reportaż, biografia, kryminał czy sensacja, macie +20 do atrakcyjności. Może papierowe czytadło nie rozświetla tak pięknie twarzy jak ekran ajfona, ale jest zarazem najpiękniejszym filtrem jaki znam. A od filtra już tylko krok do flirtu. Właściwie wystarczy zamienić dwie literki ;)

(Pan Mariusz Szczygieł, który zagości jeszcze na samym końcu)



Odnośnie czytania, miałam ostatnio okres, w którym kilkanaście razy zabierałam się do rozmaitych książek i kompletnie mi nie szło. Był czas, gdy pochłaniałam kilka dzieł tygodniowo, tymczasem teraz zabierałam się za 4-5 na raz i jeśli skończyłam jedną było dobrze. Winą obarczam jesień. Owszem bywa czasem fajna, ale powoduje wzmożoną potrzebę snu, a to zdecydowanie nie sprzyja literackim podróżom. Bardziej pijackim, lub też kocykowym, herbacianym, przytulanym, czy drzemkowym. Na szczęście udało mi się częściowo przerwać złowrogi impas. Zatem jak przystało na sobotę idealną, czytam. Obecnie jest to najnowszy kryminał pani Lackberg, ale tuż za nim plasują się opowiadania Toma Hanksa i reportaż Aleksandry Boćkowskiej: „Księżyc z Peweksu”, który zaczęłam i zapowiada się niezwykle smacznie. Wracając jednak na moment do p. Lackberg, jakie to urocze, że w Szwecji pisarze są celebrytami. Owa autorka na przykład, brała udział w tamtejszej edycji „Tańca z gwiazdami”. Nie zaliczam się wprawdzie do osób oglądających podobne programy, nie chodzi tu również o konstatację nad jego wartością, jednak to niezwykłe, że pisarze w kraju, który wszak nie znajduje się od nas znowu tak daleko, są doceniani i rozpoznawani. U nas z kolei, prezentuje się to odwrotnie, a co za tym idzie groteskowo. Celebryci piszą książki i niestety najczęściej są to bardzo słabe pozycje, z których największą radość czerpią jak mniemam ghostwriterzy. Patrząc z perspektywy stricte bibliotekarskiej, oddycham ze spokojem mając świadomość, iż czytelnictwo jeszcze nie umiera. Jednak boję się, że dojdzie do sytuacji, w której dorośli przestaną pokazywać dzieciom jak fajny i niesamowity jest czas spędzany z książką. Chciałabym żyć w kraju, gdzie czytanie znajduje się na szczycie najprzyjemniejszych rozrywek stworzonych przez ludzkość. I chciałabym wciąż widzieć zachwyt w oczach osób, które przeczytały właśnie coś niezwykłego i dzielą się tym ze mną gdy przychodzą do biblioteki.




Dzisiaj udostępniam film z cyklu: „Pokaż swoje książki” z Mariuszem Szczygłem. Ale polecam gorąco również pozostałe odcinki, jak i cykl „Czytanie to awantura”. Dzięki przyjemnym rekomendacjom zacnych ludzi, można znaleźć dla siebie kilka perełek na długie wieczory J