piątek, 23 sierpnia 2019

Pół roku później

Nie było mnie tu pół roku. Co się wydarzyło? Ano, na telefonie ciężko tworzyć nowe posty, komputer stacjonarny sprzedałam, a mały notebook stracił swoją początkową prędkość. Oprócz tego, od 4 miesięcy nie udało mi się przespać ciurkiem dwóch godzin. Witek budzi się jak szalony, domagając wody, smoka, zmiany pieluchy lub wyczyszczenia noska. I kiedy dziś miał tylko dwie pobudki w nocy poczułam przez moment jakbym była w stanie przenosić wielkie kamienie i fruwać za oknem z motylami 🙂
W kwietniu przeprowadziliśmy się do większego mieszkania. I o ile cieszymy się z przestrzeni, o tyle brakuje nam ciszy i spokoju, który był niewątpliwą zaletą otoczenia kawalerki. Dzisiaj byliśmy odwiedzić na moment stare kąty, żeby ostatecznie przygotować lokal pod wynajem. Zrobiło się nostalgicznie... Uderzyły mnie wspomnienia, uśmiechy, radości i małe smutki. Pierwsze miesiące po przeprowadzce, zapachy, napisy na ścianach.. Godziny spędzone przy barze, leniuchowanie w łóżku, zielone drzewa za oknem. Jednocześnie poczułam jak bardzo chciałabym kiedyś mieć dom. Z dala od ulicy i zgiełku, z ogrodem i werandą, na której wieczorem mogłabym napić się aromatycznej herbaty.. 😊 Najważniejszym jednak obecnie celem, jest wychować moje dziecię na dobrego człowieka. By nie był tak kruchy jak jego mama, tylko radosny, tolerancyjny i odważny. Niech cieszy się z małych rzeczy, nie boi marzyć i działać. Wierzę zatem i planuję, a wszystko segreguję w tęczowe kieszonki. Z "może kiedyś" wykreślam może. Bo wtedy będzie bardziej.

Od dwóch dni Witek gaworzy. Śmieję się, że mówi do nas po chińsku 🙂 W ciągu trzech tygodni zrobił ogromne postępy. Siedzi, stoi, wspina się wszędzie i coraz odważniej eksploruje otaczający go świat. Chodzimy zatem na plac zabaw, gdzie fajnie jest pobujać się na huśtawce, dotknąć zielonej trawy, albo sprawdzić jak bardzo chropowate są pieńki. 



Mamy mnóstwo dylematów związanych z moim kończącym się urlopem macierzyńskim. Pojawiają się liczne pytania, z których na prowadzenie wychodzi to najważniejsze: Co dalej? Jeszcze dzisiaj nie wiemy. Ale chcemy podjąć decyzję, która będzie najlepsza zarówno dla nas, jak i dla naszego Synka. Dlatego notujemy, rozważamy i dyskutujemy. 
Zaczęłam znów czytać. Chwilowo nic konkretnego, bo zazwyczaj zasypiam po 10-20 stronach. Skupiam się zatem na poradnikach dotyczących wychowania "Bombelka", tudzież kryminałach i łatwych powieściach obyczajowych. Jeśli przebrnę przez kilka, podzielę się z pewnością tym, co warte uwagi. Tymczasem wracam popatrzeć jak Witkacy śpi. To jeden z moich ulubionych widoków. Tuż obok połonin, nieba za miastem i... widoków na przyszłość 😊

Pozdrawiam i.. do przeczytania! 😉

Właściwie chodzi wyłącznie o to, żeby nie poddać się zmęczeniu, nigdy nie dopuścić do braku zainteresowania, do obojętności, nigdy nie zagubić swej bezcennej ciekawości, bo wtedy człowiek sam sobie pozwala umrzeć.  (Tove Jansson)



poniedziałek, 11 lutego 2019

Myśli garść


Gdyby macierzyństwo pojawiało się w ogłoszeniach związanych z pracą, lista wymagań byłaby tak długa, że zabrakłoby miejsca w gazecie. A jednak łatwiej jest zostać matką/ojcem niż dyrektorem w korporacji. Jak do tego doszło? Nie wiem. Nie wiem również skąd biorą się tak ogromne pokłady cierpliwości i miłości pośród bezsenności. Myślę, że to jedna z zagadek, w których odpowiedzią jest miłość i magia. Inaczej nie potrafię tego wytłumaczyć :) 

Z książkami jestem chwilowo na bakier. Nie dlatego, że nagle doszłam do wniosku, że czytanie jest passe i postanowiłam gwałtownie zaprzestać.. ale po prostu zasypiam po kilku stronach. Myślę, że jeszcze trochę i uda się powrócić. Może nie z taką intensywnością jak kiedyś, ale postaram się nie zaniżać średniej krajowej. Witkowi czasem czytam. Fragmenty Alicji w Krainie Czarów, Piotrusia Pana, albo oglądamy obrazki kontrastowe i wymyślamy do nich historie. Staram się korzystać z tych chwil maksymalnie i wyciskać je, jak świeże, letnie owoce. Do ostatniej kropelki. 




Kocham poranki. Leniwe, powolne, kiedy tuż po butli z mlekiem, kawie i zmianie pieluchy tańczymy razem, a później dzielimy się uśmiechami. Te uśmiechy są esencją życia. Widząc je, przypomina mi się zawsze jedna piosenka, która pasuje jak żadna inna:


"nie ma niczego czego ty i ja nie zrobimy

zatrzymam świat i roztopię się z Tobą..."



Nie ma też uniwersalnej instrukcji obsługi dziecka. Gdyby istniała i pasowała do każdego, autor pewnie zarobiłby miliony. Ale nie ma. Trafiłam natomiast ostatnio na ciekawy poradnik w pigułce, zatem dzielę się z Wami :)



Aktualizując zdjęcie na fejsbuku, zaciekawiła mnie rubryka tuż pod profilową fotografią. "Dodaj krótki biogram, aby przekazać innym więcej informacji o sobie." Kiedy kliknęłam, pomyślałam tylko: Wow, musi to być naprawdę krótki biogram, jeśli 101 znaków ma wystarczyć, by zawrzeć w nich esencję swojego życia. Zastanawiałam się nawet nad umieszczeniem jakiegoś cytatu Woody Allena.. ale przecież będzie to jego. Nie moje. Moje nie mieści się w 101 znakach. Nie mam też idealnego biogramu. Ale gdybym musiała coś skrystalizować, to myślę, że napisałabym po prostu:

"Czytam, oglądam, doznaję, nieustannie się zachwycam i próbuję wychować syna, by podobnie doświadczał rzeczywistości. Mówią: żeby wyszedł na ludzi. Ale jeśli wyjdzie na wilki lub niedźwiedzie, dopilnuję, żeby zawsze miał przy sobie jakiś smakołyk. Na przykład boczek. Albo ciasteczka" :)

czwartek, 27 grudnia 2018

Zimowe powitanie

Długo mnie tu nie było. I dużo się zmieniło. Pojawił się Witek. Nagle, niespodziewanie, miesiąc wcześniej. Urodził się dokładnie w Dzień Wcześniaka i wywrócił moje życie do góry nogami. 



Jest najlepszym nauczycielem cierpliwości jakiego miałam. Wciąż się poznajemy. Słowem, krzykiem, dotykiem, uśmiechem. Kilka minut przed jego przyjściem, słuchałam Kołysanki dla Okruszka. Do tej pory niewymownie mnie wzrusza. Śpiewam mu czasem przed snem. Jego, nie moim. Swój czasem kradnę. Pomiedzy karmieniami zabieram godzinę lub dwie. Zazwyczaj czuwam. Jest taki piękny. Kruchy i delikatny. Nie zawsze jeszcze wiem, czego potrzebuje. Dzisiaj na przykład długo płakał. Najedzony, przewinięty, wynoszony. Nie działał szum, kołysanki, smoczek ani przygaszone światło. Zasnął nagle, w rogalu, na moim brzuchu. Takie proste... Potrzeba bliskości, przytulenia, bicia serca. Wszyscy tego potrzebujemy. A jednak niejednokrotnie upływa wiele godzin, dni lub lat zanim to odkryjemy. I wiecie co? Czasem warto po prostu przytulić kogoś bliskiego. Nie patrzeć przez pryzmat wad, tylko kochać. Pomimo. Ponad. Bezwarunkowo.

Na dzisiaj kończę, bo piszę szybko, w telefonie i nawet nie będę weryfikować błędów. Postaram się czasem skrobnąć kilka zdań. Chwilowo Instagram pozwala na szybsze interakcje, zapraszam zatem. 
A na mnie i przede mną.. cały świat:

                     

środa, 24 października 2018

Je-sień


Odeszła babcia. Wprawdzie odeszła już dawno, ale teraz tak namacalnie również. Mam nadzieję, że po drugiej stronie nic już nie boli. Mam nadzieję, że spotkała bliskich. Mam nadzieję, że znów nas pamięta.
Cmentarz jest ogromnie nostalgicznym miejscem. Odnoszę wrażenie, że nie są tam potrzebne słowa. Same myśli splatają się ze wspomnieniami, krążą tuż nad naszymi głowami, by unieść się później wyżej... i wyżej... Przypominam sobie czasem niepozorne chwile, które z Nią dzieliłam. Szereg wyjazdów. Spacery. Smak pierwszych w życiu frytek. Mleko w tubce. Szpitale i rehabilitacje. Lato w ogrodzie. Beztroskie momenty. Reminescencje, które chciałabym umieścić pomiędzy dwiema szybkami i zakopać, jak "pamiątki" z dzieciństwa. One zostaną. Są chwile, których nie da się zapomnieć. Będą już na zawsze. Bo mimo, że babcia goniła mnie po domu z sokiem pokrzywowym, to jednak mocno trzymała za rękę, kiedy spacerowałyśmy brzegiem morza lub wspinałyśmy się po górach. I była babcią, która opowiadała bajki. Miała mnóstwo historii. Lubiła przytulać. Potrafiła pocieszyć, pomóc na ból brzucha i gardła. Naklejała plasterki. I robiła pyszne obiady. A kiedy się śmiała, to dookoła robiło się jasno.



Wzruszenia

Mój synek robi się coraz większy. Czuję jak się obraca i wyobrażam sobie małe foczki tuż przy brzegu jakiejś zatoki. Chciałabym teraz na nie patrzeć, głaskać i leżeć w cieniu z chłodnym, egzotycznym napojem. Okrutnie bolą mnie plecy. Mam ostre zapalenie dziąseł. Potrzebuję odpocząć, przestać na chwilę czuć. I dlatego są momenty kiedy oddzielam się od siebie. Jestem poza. Nie potrafię wytłumaczyć racjonalnie, ale to ogromnie pomaga. Tymczasem wzruszają mnie opadające liście. Łzy wyciskają mi drobne, ludzkie gesty. Ktoś pomaga uprasować, wyprać, dostaję ciuszki i kosmetyki... Karma wraca wtedy, kiedy trzeba. To cholernie miłe. Zostałam chwilowo bez pieniędzy, ale mam za to wsparcie. Czuję się bezpiecznie. Mogę się rozpadać, bo mam siłę by się skleić i umocnić. Mimo wzruszeń jestem silniejsza niż kiedykolwiek. 
Dziękuję.

Zaczytanie

Kiedy potrzebuję bardziej się zatracić, zanurzam się pomiędzy słowa. Wieczory z książką od zawsze stanowiły w moim życiu jeden z najprzyjemniejszych filarów, który szanowałam i kultywowałam z dziką przyjemnością. Ostatnio wciąż sporo elementów kryminalnych. "Żonę mordercy" i "Złodzieja kości" polecam świadomie i z pełną odpowiedzialnością. Coben trochę mnie rozczarował. Jego "W głębi lasu" było pierwszym kryminałem, który czytałam do 4:30 rano z zapartym tchem. W przypadku "Nie odpuszczaj" nie ma efektu wow. Szkoda. Natomiast laureat Nike, Marcin Wicha stworzył coś bajkowego. Pierwszy raz chyba tak bardzo urzekła mnie powieść, która zdobyła tę nagrodę. Magia słów, spokojne dawkowanie, ciepły humor i szczypta ironii. Wszystko sprawia, że do owej książki podchodzimy podobnie jak do wykwintnego dania w restauracji. I żałuję, że tak szybko nastał koniec. Bo dalej jestem głodna i wciąż chciałabym więcej.

  

sobota, 22 września 2018

gorączka jesiennej nocy i garść reminescencji

Mignął mi gdzieś bardzo wcześnie rano kolejny artykuł o ciąży. Jaki to piękny okres w życiu kobiety. Och i ach. Pomyślałam od razu: nie zesrajcie się. Empatycznie pomyślałam, nie jakoś przesadnie chamsko. Była bowiem 4:12 rano, miałam biegunkę, wymiotowałam i balam się położyć, bo zgaga zabijała. Później zaś, przyszły dwa błogie dni. Synek kopał radośnie, nic nie bolało i ogólnie czułam się, jakbym wygrała życie. Dziś zycie jest złośliwym trollem. Zapalenie gardła. Okrutny katar i gorączka. Jak na huśtawce. W poniedziałek prawdopodobnie odwiedzę internistę, a póki co, stosuję miksturę szałwiową, zaparzam len i przyrządzam syrop z cebuli. Z tego co wiem, mało mogę. Ale nikt nie zabroni zagrzebywania się w kocyku. Bardzo doceniam móc ❤️
Mam sen, który intensywnie powraca. W dzieciństwie byłam z dziadkami na wczasach w miejscowości Jaszowiec w pobliżu Ustronia. Z tego co pamiętam, chyba nawet dwa razy, ale nie mam pewności. Śni mi się ośrodek wczasowy, wchodzenie pod górę ścieżką, która wiodła tuż za nim, szmaragdowe rośliny wokół i opuszczony budynek. Duży gmach pośrodku niczego, a na parterze ciastkarnia, w której nieziemsko wręcz pachniało. Pomieszczenie podzielone było na mały sklepik ze słodyczami oraz galerię obrazów. Sen wraca. Nie wiem co oznacza i dlaczego to miejsce, ale za każdym razem po przebudzeniu czuję zapach, którego już nigdy później nie spotkałam, a właśnie teraz przypomniałazm sobie ze szczegółami jak bardzo był przyjemny i kojący...


Leżąc dzisiaj plackiem i sięgając sporadycznie po chusteczki higieniczne uświadomiłam sobie, że jest już końcówka września. Zaczęła się jesień. I mam naprawdę niewiele czasu. Momentalnie dopadł mnie lęk i panika, ale przegoniłam. Bo przecież zrobiliśmy już część zakupów. Siedem razy zdążyłam wzruszyć się podczas segregowania ciuszków. Prawie popłakałam się w Rossmanie kupując body w misie. A później dorzuciłam do koszyka coś dla siebie. Kolczyki w listki. I uświadomiłam sobie, że wiem. Jestem pewna, że nie mogłoby być krócej niż 9 miesięcy. Bo trzeba się oswoić. Przyzwyczaić. Wejść w inny rytm. A nie da się tak po prostu. Trzeba panikować, lać łzy, śmiać się głośno, cieszyć, przetrwać ból, lęk i niepewność. Przetrwać, by mieć więcej siły, spokoju i piękna w środku. Wcześniej kompletnie nie zdawałam sobie sprawy z jego istnienia. 

***

Czasem czytam. Nie zawsze, bo bywa, że otworzę książkę, bądź uruchomię czytnik, a tu nagle, po 4-5 stronach dramatycznie odpływam. Staram się zatem wybierać takie pozycje, które nie wymagają maksymalnego skupienia i uwagi. Trafiam dość dobrze. Zrozumiałam tych czytelników, którzy przychodzą do biblioteki nieustannie po "coś lekkiego". Nie sięgam wprawdzie po harlequiny, ale trafiają się powieści obyczajowe, albo kryminały bez miliona pobocznych wątków. Och i był również jeden reportaż o Islandii. Kiedyś tam polecę, co do tego nie mam wątpliwości. Dziś zatem bez opisów, ale obrazkowo i okładkowo, żeby później kompletnie się w tym wszystkim nie pogubić. 
Filmowo zaś dość słabo. Poza tym, że po raz n-ty obejrzałam wczoraj Powrót do Przyszłości, to nie mogę trafić na serial ani film, który byłby moją nową miłością. Cóż, w kwestii uczuć mam dość sprecyzowane wymagania, ale kto wie, może pewnego dnia Netflix jeszcze pozytywnie mnie zaskoczy :)


 


Mamy stukot deszczu o szybę. Szum wiatru.
A Hooverphonic jesiennie kołysze...








niedziela, 2 września 2018

Czas, lęk i nadzieja

Dzisiaj nie będzie o książkach. Natomiast z pewnością o czasie, lęku i nadziejach. Bo to są dość ważne elementy, które gdzieś obok mnie wciąż mają swoje miejsce. Ulegają przekształceniom i transformacjom, czasem są bardziej intensywne, innym razem płyną równolegle do istnienia machając od czasu do czasu ogonkiem obecności. 
Nigdy nie nastawiałam się na to, że będę miała dziecko. Dość długo ich nie lubiłam. Nie potrafiłam polubić. Ale teraz myślę, że to było działanie systemu obronnego. Bo podczas wizyt u lekarza słyszałam wiele razy, że będzie problem. Mogę nie mieć dzieci. I w jakiś sposób na pewno się z tym pogodziłam, ale nie do końca. Czasem serce bolało. Gdzieś popłynęła łza. Tłumiłam. Ale jednak na pewno chciałam. Teraz, jednocześnie trafiłam na właściwą osobę i byłam już gotowa. Zadziałało. Wierzę w przeznaczenie. Cuda. Ten jest moim własnym.

CZAS

Ponieważ ucieka między palcami. Nie wiem jak go zatrzymać, a czasem (czas!) chciałabym. W dniu kiedy czuję się lepiej, zrobić zdjęcie. Zachować. Zatrzymać się. Trwać tak, spacerować i istnieć swobodnie. Tymczasem (o, nawet w tym słowie się pojawia!) minuty, godziny, dni i tygodnie pędzą jak szalone! Bywa, że umyka mi kilka godzin lub dzień, a rano uświadomiłam sobie, że to już przecież wrzesień. A w maju byliśmy w Sanoku, gdzie oswajaliśmy się z myślą o tym, iż będziemy rodzicami. W czerwcu chodziłam do pracy. Na początku sierpnia jeszcze, mogłam swobodnie zasznurować trampki. Na początku roku, nie miałam tej śmiesznej zmarszczki pod prawym okiem. A rok temu, zastanawiałam się, czy ten związek, w który powoli zaczynałam się zagłębiać, przetrwa. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za 3 miesiące będzie nas troje. Wciąż jest to dla mnie tak bardzo niesamowite, że czasem (czas!) niedowierzam. 

LĘK

Bo nie wiem jak będzie. I tak bardzo pragnę by był zdrowy. Serce z niepokojem przyspiesza, kiedy nie wyczuwam delikatnego stukania przez kilka godzin. Bo ciąża to nie jest bieganie po łące w zwiewnych sukienkach, a obok jelonek i baranek. I ptaszek nad nami. To spora dawka bólu. Budzenie się w nocy kilka razy. Czasem bolesne zabiegi. Niepewność przy kłuciach, skurczach i zawrotach głowy. Wizyty u lekarza, w szpitalu. Senność. Migreny. Depresja. Łzy płynące nagle, strumieniem. Weryfikacja planów i dostosowywanie ich do samopoczucia. Myślę, że z lękiem jest jak z kotem, nie da się go całkiem oswoić. Bywa, że leży obok, na kocyku i mamy świadomość jego obecności, bywa że znika i czujemy wtedy ulgę i spokój, a bywa, że mocniej drapnie pazurem i wówczas ogarnia nas panika i niepewność. Bo nie da się go pozbyć na zawsze. Fajnie jednak nauczyć się współistnieć jak najmniej inwazyjnie. 

NADZIEJA

Ją akurat lubię. Kiedy znika, lub się chowa, uporczywie szukam i chwytam za sukienkę w indyjskie wzory. Bo tak ją sobie wyobrażam. Czasem jako kobietę, innym razem puchate stworzonko, łąkę, na której leżę, bądź mgłę. Taką do zanurzania. Pachnie wanilią. Jest czymś upragnionym. Drogą do realizacji pragnień. Najciekawszą i najbardziej pożądaną. Teraz mam nadzieję na kilka składowych elementów upragnionego istnienia. Nie chcę wymieniać. Ale myślę o nich intensywnie. Pragnę. Zapalam wieczorem świeczki i kadzidło. Wpatruję się w płomień otulając ramiona kocem. Niech się spełni. Wszystkie życzenia urodzinowe, te szeptane spadającym gwiazdom i koniczynom. 

Już czas.



***

Chwytam ostatnie promienie lata. Z żalem myślę o tym, iż powoli dobiega końca sezon krótkich rękawków. Smacznych warzyw. Zasypiania przy otwartym oknie. We wtorek będziemy mieć nową sofę. By wygodniej zasypiać i budzić się bez nogi na podłodze. ZUS opóźnia moją wypłatę. Nie lubię opóźnień. Fajnie kombinować z kreatywnymi obiadami, ale tym razem chciałabym ciut więcej. Spokój teoretycznie jest za darmo. Ale można go też kupić. Przeczytamy o tym małym druczkiem. Warto. Bo karmić mogę Nas, synka i kota. Niepokój niech żywi się poza moim domem.


All I ever wanted 
All I ever needed 
Is here in my arms 
Words are very unnecessary 
They can only do harm 




wtorek, 31 lipca 2018

Lipcowy spokój

Wiecie, lubię lato. Nigdy nie należałam do osób, które narzekają na wysokie temperatury. I nie pragnęłam zimy. Owszem, nie lubiłam i nie rozumiałam leżenia plackiem na plaży bądź przy basenie i "smażenia" skóry, bo ani to jest miłe, ani ładne a już na pewno nieestetyczne z mojego punktu widzenia. Moje opalanie następowało głównie podczas chodzenia, przemierzania szlaków, spacerów, bądź zupełnie przypadkowo. Tymczasem teraz, kiedy z powodu rosnącego brzucha przybyło mi kilogramów i poruszam się z dodatkowym obciążeniem, pragnę tych 20 stopni i cieszę się na deszcz. Ostatnio kiedy padał, wyszłam z domu, patrzyłam do góry i wirowałam. Dlatego, jeśli któraś z moich sąsiadek jeszcze nie uznała mnie za wariatkę, to teraz uzyskała definitywne potwierdzenie ;) Moim przyjacielem stał się wentylator, a przyjaciółką butelka zimnej wody. Kiedy mogę, zostaję w domu, wychodząc wcześnie rano lub wieczorem, ewentualnie uciekam do lasu czy na wieś by odpocząć z dala od nagrzanych murów miasta. Po raz pierwszy od czasów, gdy miałam szkolne bądź studenckie wakacje, przyłapuję się na tym, że nie wiem jaki jest dzień tygodnia. Lubię to uczucie. Nie przywiązywać się do kalendarza, zegarka... Zostawić za sobą daty, o których trzeba pamiętać i po prostu przyjemnie trwać :) 
Wczoraj byłam na usg połówkowym, o którym już wcześniej wspominałam. Prawie wszystko dobrze. Troszkę za krótkie udo i przedramię w stosunku do tygodnia ciąży. Ale może mój synek nie będzie po prostu wielkim człowiekiem. Wzrostem. Bo wielkim będzie bez wątpienia :) Może również być tak, że wszystko się jeszcze wyrówna, bądź też nie będzie to miało żadnego znaczenia. Bo każdy wszak jest inny. I klasyfikowanie pod kątem norm, według których powinno się być od-do jest tak naprawdę trochę głupie i bez sensu. Ale jestem już spokojniejsza. Bardziej cieszę się falowaniem, które wyczuwam pod ręką, chwilami przypominające cmokanie rybki. Nie spodziewałam się, że to będzie takie przyjemne. Podobnie jak nie przypuszczałam, że tak szybko i tak mocno pokocham tego małego człowieka, który we mnie tak nagle zamieszkał :)



Co czytać?
Ostatnio do listy, przy której mogę postawić odhaczony ptaszek, doszły trzy nowe pozycje.
Może kogoś zainspirują... :)

Maja Lunde - Historia pszczół

Książkę posiadałam na półce od dłuższego czasu, jednak z kompletnie niewyjaśnionych przyczyn, nie mogłam się do niej zabrać. Zawsze trafiało się coś pozornie ciekawszego i wymagającego natychmiastowej uwagi. Teraz wreszcie przeczytałam i nie żałuję! Mamy trzy wątki, które przedstawiane są naprzemiennie. Anglia, 1857 r. i historia Williama, który marzył o karierze naukowca i przyrodnika; Stany Zjednoczone, 2007 r. gdzie poznajemy George'a, właściciela farmy i kilkuset uli, oraz wreszcie Chiny, 2098 r. i Tao. Młoda kobieta, której praca polega na tym, by całymi dniami ręcznie zapylać drzewa owocowe. Wszystkie trzy historie łączy jedno spoiwo , pszczoły. Dowiadujemy się jakie jest ich znaczenie i dlaczego tak bardzo są dla nas ważne. Wizja świata bez tych małych stworzeń wygląda przerażająco. Powieść oprócz tego, że wciąga i ciężko oderwać się od śledzenia historii bohaterów, zawiera przesłanie. Niezaprzeczalnie istotne i ważne. Dla nas samych i naszych dzieci. Warto! Z pewnością już wkrótce sięgnę po nową książkę autorki. Bo recenzje brzmią bardzo, bardzo kusząco.... :)

Heather Morris - Tatuażysta z Auschwitz

Książki o tematyce obozowej stanowiły przedmiot mojej fascynacji w okresie licealnym. Prawdę mówiąc wtedy dopiero dowiedziałam się o całym ogromie okrucieństwa i cierpienia tylu niewinnych osób, którym tak okrutny los zgotowała II wojna światowa. Nie wiem dlaczego akurat teraz sięgnęłam po tatuażystę. Mignął mi w nowościach na Legimi i poczułam, że bardzo chciałabym zapoznać się z historią Lalego Sokołowa. Wiecie, to jedna z tych historii, kiedy to budzę się w środku nocy, bo chcę przeczytać kolejne kilka stron i sprawdzić co się wydarzyło, albo jak zakończył dany wątek. Autentyczność wydarzeń jest potwierdzona przez głównego bohatera, który pojawia się na końcu, już współcześnie. Książka to cała paleta emocji i uczuć. Strach, ból, upodlenie, przerażenie, przemoc, ale także radość, ulga i miłość. Jestem teraz na etapie gloryfikacji miłości. Może przez hormony, nie wiem. W każdym razie, historia ogromnie mnie urzekła i oczarowała. Bardzo mocno polecam!


R. J. Palacio - Cudowny chłopak

To bez wątpienia książka, która powinna zostać lekturą szkolną, zamiast niektórych pozycji, w przypadku których kompletnie nie rozumiem sensu i celowości. Głównym bohaterem jest chłopiec, który zaczyna piątą klasę. Ma na imię August. Jego ogromną pasją są Gwiezdne Wojny oraz nauki ścisłe. Jest niesamowicie inteligentny i posiada wielkie poczucie humoru, kochających rodziców, siostrę i psa o imieniu Daisy. August różni się jednak od chłopców w jego wieku. W wyniku niefortunnej mutacji genu, jego twarz została zniekształcona i mimo tak młodego wieku, przeszedł już ponad 20 operacji. W książce obserwujemy reakcje otoczenia, a także sposoby Augusta na radzenie sobie z egzystowaniem w społeczeństwie. Mamy zatem rodziców, których miłość jest bezwarunkowa. Widzimy siostrę, która wściekłością i agresją reaguje na wszelkie negatywne reakcje innych na widok brata. August idzie do szkoły po raz pierwszy. Wcześniej, ze względu na operacje, uczyła go mama w domu. W szkole obserwujemy zarówno reakcje rówieśników, jak i dorosłych - rodziców innych dzieci. August zdobywa przyjaciół i wrogów, a jego perypetie prezentowane są zarówno w pierwszej osobie jak i za pośrednictwem osób, należących to najbliższego otoczenia bohatera. To powieść o sile przyjaźni. Tolerancji. Oraz o tym, co tak naprawdę jest w życiu ważne i istotne. Co powinniśmy dostrzegać przede wszystkim. I o tym, by nie oceniać. Bo zbyt wiele osób o tym zapomina.


niedziela, 29 lipca 2018

Bad Gateway

Miałam pozwolić sobie na popełnienie aktualizacji jutro bo idę na usg. Przeżywam to strasznie, a jednocześnie nie mogę się doczekać i już sobie zaplanowałam wpis na późny wieczór. Zapewne to uczynię, tak więc już jutro najpóźniej pojutrze ukaże się tutaj kolejny apdejt. I zaznaczam, że nie rzucam sów na wiatr! Ani puszczyków ani płomykówek :) Jednak muszę o czymś napisać bo nie wytrzymam! Z jednej strony może faktycznie jestem teraz bardziej przewrażliwiona więc kiedy usłyszałam to przedwczoraj w Trójce, stwierdziłam, że się wstrzymam. Ale dzisiaj już naprawdę coś mną zatrzęsło. I nie było to dziecko w brzuchu ;) 

Co sądzicie o "Wszystko, czego dziś chcę" w wersji Brodki? Pamiętam, że byłam zachwycona Trojanowską, kiedy już zrozumiałam o czym śpiewa. Taki manifest w zadziornym, a jednocześnie uroczym wydaniu. Jej wygląd, zachowanie na scenie, sposób wykonania utworu i najprostszy przekaz, gdzie mówi, że po prostu ma ochotę na dobry seks, chciałaby przeżyć orgazm i nie myśli co dalej :) Nie traktowałam tego nigdy stricte feministycznie, bo też od feminizmu mi daleko, ale zauważałam bunt wobec panujących przyjętych i kultywowanych schematów. Bunt w pięknym wydaniu, bo musicie przyznać że tekst jest naprawdę super, a Iza Trojanowska występująca w garniturze jest uosobieniem kobiecości i seksapilu.
Tymczasem, kiedy usłyszałam wersję pani Brodki, pierwsze co przyszło mi do głowy to pytania:
Dlaczego to zepsuła?
Czy zrozumiała o czym śpiewa?"

???


Po wysłuchaniu wersji, o której teraz wspomniałam, wnioskuję, że wokalistka niby chce, ale tak naprawdę wolałaby przykryć się kocem i iść spać, a w ogóle to dajcie jej wszyscy spokój, bo nie ma ochoty z nikim gadać. Może się nie znam, sama zazwyczaj mam krótkie paznokcie, ale uważam, że tutaj potrzebny jest przede wszystkim pazur, a nie apatia i anemiczna recytacja. Poczułam, że powinnam zabrać głos. Bo są covery, które mnie zachwycają i mogę do nich wracać wielokrotnie. Wersje, które nadają utworom nowe, świeższe brzmienie. Tutaj coś zaśmierdziało. Nie zadziałało jak trzeba. Najprościej mówiąc - zdechło. A ja preferuję życie, zachwyty i ładne zapachy :) 

Na koniec zatem pierwowzór i Opole 1980 ♥️



środa, 4 lipca 2018

Szukając ukojenia


Wieczór.. otuliłam się wanilią. Zapach płynie przez całe mieszkanie. Próbuję nie robić sztormów wewnątrz siebie. Próbuję wygładzić fale i przestać się martwić. Czasem okazuje się, iż jest to ogromnie trudnym zadaniem. Nie wiem jak umocnić kruchość. W przypadku obrazów mamy impregnaty, do drewnianych rzeźb, można zastosować bejcę.. a co w przypadku kruchości człowieka? Dziełem sztuki z pewnością nie jestem. Moje dziecko urodzi się za kilka miesięcy, a ja już teraz chciałabym je chronić przed całą niegodziwością świata. Nie da się, wiem. I z tego powodu też chwilami łzy zaczynają nagle płynąć ciepłą strużką. 
Tymczasem dzisiaj mamy wanilię. 
Otulamy się dalej. Kołyszemy. 
Mamy też liska na szczęście. Odpędza wszelkie złe myśli.
W następnym tygodniu idziemy do szpitala. Wszystko przesunęło się o tydzień, ale nie dało się inaczej. Trzymajcie kciuki.Zrobimy badania i wychodzimy. Czeka na nas świat. I tysiące rzeczy, którymi warto się zachwycać.





***

Z ostatnio przeczytanych :)



Mała księżniczka - chyba zawsze już będę do niej wracać. Uwielbiam. Idąc za ciosem obejrzałam również film. Jejku, jakie to ładne. Naprawdę! I nie mówię tak, bo mam w sobie rój hormonów. Możecie sprawdzić sami :)



Położna : 3550 cudów narodzin - bardzo mądra książka. Polecam wszystkim czekającym na maleństwo, ale nie tylko. Bo pokazuje jak można zmieniać rzeczywistość. By było łatwiej, lepiej i bez bólu. By człowiek, był dla człowieka człowiekiem.


Pypcie na języku - Ciepła, pełna humoru i piękna książka o błędach językowych, śmiesznych nazwach i sformułowaniach. Chwilami śmiałam się głośno i nie mogłam przestać.
Przeczytajcie koniecznie! Dowiecie się m.in. o trasie: Kazimierz - Nielisz - Cyców - Niemce ;)


Filmowo natomiast, wsiąknęłam w serial "Skins", ale już dobiegam do mety i zacznę nadrabiać zaległości. Kiedyś w końcu trzeba obejrzeć "Ojca Chrzestnego". ;)

wtorek, 5 czerwca 2018

Znaleźć w sobie dziecko




19 kwietnia siedziałam w łazience i od niechcenia sikałam na test, a później w oczekiwaniu głaskałam kota i czytałam etykietę z suchego szamponu.  Prawdę mówiąc, początkowo, te dwie kreski nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Była piąta rano, ale jednak... zasnąć już nie mogłam. Leżałam w łóżku słuchając ptaków za oknem i zastanawiając się jak szybko zacznie zmieniać się mój świat. Niemal namacalnie czułam, że coś odchodzi bezpowrotnie. Jeszcze nie wiedziałam jak reagować. Nie wiedziałam też, skąd bierze się ten wielki niepokój, który coraz intensywniej we mnie kiełkuje. Później przyszedł czas na badanie krwi, jedno.. drugie... Coraz bardziej zaczęłam upewniać się, że nie jestem sama. I już nie będę. Na majówkę. pojechałam do Sanoka, gdzie odpuściłam i starałam cieszyć się słońcem, pogodą i Nim. Wreszcie 8 maja, po raz pierwszy, gdzieś na drugim końcu Łodzi, o godzinie 8:20, usłyszałam bicie serca. Myślałam, że mnie to nie wzruszy. Ale kurcze, właśnie wtedy poczułam, że mam pod sercem maleńkiego człowieka. Istotę, która sprawia, że płaczę, śmieję się, zasypiam i sikam częściej niż zwykle. I tak właśnie moje życie zmieniło się i zaczęłam już bardzo poważnie martwić się o milion spraw, które wcześniej nie miały dla mnie najmniejszego znaczenia. Jeśli ktoś mnie teraz spyta, czy wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia, mogę wreszcie z pełnym przekonaniem powiedzieć, że tak. Od 8 maja. I od wczoraj też. Z tym, że od drugiego. Bo widziałam już rączki i nóżki. I nos też. A nawet ucho. Są chwile, kiedy wciąż wydaje mi się to niemożliwe. Bo to przecież cud. I powoli zaczynam przechodzić do porządku dziennego nad tym, że ogromnie wkurzają mnie okruszki na blacie i muszę je już teraz, w tej chwili zetrzeć. Nie dziwię się, kiedy łzy zaczynają lecieć mi ciurkiem, bo zobaczyłam reklamę karmy dla psów, albo usłyszałam instrumentalną wersję "Wonderful tonight". Nie ma dla mnie znaczenia również, czy dziecku widać między nogami siusiaka czy nie. Serio. Owszem, będę chciała poznać płeć, ale czy to teraz takie ważne? Ważne, że wyniki badań wychodzą tak dobrze i przestałam mieć straszne bóle brzucha. Ważne, że nie jest mi duszno. Zmieniłam miejsce pracy i mam teraz więcej przestrzeni. Mogę pójść spacerkiem nie martwiąc się, że po drodze trzeba zrobić kilka postojów i mogę nie zdążyć. Czuję się... lekko. Mam dwa serca. Czekają mnie długie wakacje. A później przygoda. Będę mamą. Wiem, że będzie ciężko. Ale naprawdę nie mogę się doczekać. Nawet kiedy teraz to piszę, czuję jak łza spływa w dół. Niech płynie. Jestem szczęśliwa :)


Dzisiaj wklejam tylko okładki ostatnio przeczytanych książek. Być może było ich więcej, nie zawsze udaje się wszystko zapamiętać, bądź zapisać. Aczkolwiek miałam mały zastój czytelniczy, powróciłam bowiem do serialu "Once upon a time" i przeżywam przygody Śnieżki, Emmy, Księcia i Złej Królowej :) Nadrobię! Choć ciągnie mnie nie tylko do nowości, ale i do powrotów. Na pierwszy ogień pójdzie warta przypomnienia, jedna z ukochanych... - Mała Księżniczka :)