środa, 13 września 2017

Istnieć intensywnie

Jesień zbliża się w wielkich buciorach. Mam jedynie nadzieję, iż nie wdepnęła w gówno. Choć nie, jestem tego niemal pewna. Pachnie pieczonymi jabłkami, a ów zapach chwilowo zmieszał się w mieszkaniu z wonią żula, gdyż kot rozlał niedopite wino. I już w tym momencie, po trzech zdaniach jestem pewna, iż tekst ten nie będzie posiadał żadnych wartości literackich. Barwne, internetowe strony kuszą tanimi wycieczkami. Wyobrażam sobie, że spaceruję wąskimi ulicami, wśród małych domków rozgrzanych słońcem. Kupuję na targu owoce i przyprawy. Spaceruję boso po piasku i zanurzam się w przejrzystej wodzie. Odkrywam nieznane. Jadę na dworzec i losuję pociąg. Zatrzymuję stopa z kartką Gdziekolwiek lub Nigdziebądź. Choć na biurku piętrzą się niezapłacone rachunki, a konto bankowe z gracją i powabem pokazuje mi środkowy palec, to tym razem czuję, że świat jest na wyciągnięcie ręki. Dawno nie byłam tak biedna i szczęśliwa jednocześnie. Jest dobrze. Przed momentem zabrakło prądu. Kiedyś pewnie zaczęłabym panikować -  Telefon zaraz umrze! Jak wstanę rano? Nie zdążę do pracy! Co robić?! A dziś miałam to po prostu w dupie. Wypaliłam papierosa, zapaliłam świeczki i położyłam się z myślą: będzie, co ma być. Depresja to wredna suka. Prowadziła mnie do drogi bez odwrotu. Szłam wyschniętą ścieżką czując niemoc, której nie potrafię porównać z niczym innym. Pustka. Twarz bez oczu. Niejasne, złowrogie kontury. Świat rozmazany przez łzy niczym świeży obraz, na który ktoś wylał szklankę spirytusu.  Czasem, trzeba znaleźć w sobie siłę, by powiedzieć dość i zacząć jeszcze raz. Przełamać dobroć. Zamieszać. Zezłościć się, albo po prostu wkurwić. Pozbyć się zbędnych rzeczy i doznań. Przestać analizować i nieustannie się obwiniać. A to wszystko, by na końcu poczuć jak przyjemnie można oddychać. Falować. Unosić się i nie opadać. Nie czekać na koniec burzy, lecz chwycić za rękę właściwą osobę i tańczyć w deszczu. Tworzę nowy obraz. Mam wszystko co potrzebne. Jeśli nie wierzysz w bajki, to czas zacząć. Moja będzie miała tym razem szczęśliwe zakończenie. Wiem jak je napisać. 

Panie i Panowie, właśnie zaczyna się magia. 


poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Na nowo

Piję czas duszkiem i okrywam się nim nocą. Potrzebowałam go, by zrozumieć. Góry leczą. Zapach wiatru, ogniska, zmęczenie, zimna woda, ostre kamienie, rozmowy, ciepło. Poranki z widokiem na zamglone góry, rosa pod stopami, ciężar gwiazd nocą i słońca żar, który łzy szybko osuszał. A bieszczadzkie anioły, to również i ludzie. Pomagają. Unoszą. Są. Chwilami mam wrażenie, że wszystkiego doznaję po raz pierwszy. Może tak to wygląda, gdy człowiek rodzi się na nowo… Stąpam boso po trawie, mchu, przytulam się do drzew i chwilami uśmiecham. Oddycham. Słucham muzyki i jestem muzyką. Szukam nowych dźwięków, mieszam Roguckiego, Ciszę, Domowe Melodie i kilka innych brzmień. Czytam, ale nie chowając się w książkach, a jedynie nimi podpierając. Papierowe skrzydła… Odnalazłam zachwyt, który uprzednio gdzieś się schował. Jeszcze niedowierzam, że można odbić się od dna i najzwyczajniej, najprościej być. Nie jestem kompletna, ani poskładana. Ale jestem. Na początek to przecież bardzo dużo.




poniedziałek, 31 lipca 2017

Nieumiejętność

Próbuję zagoić rany. Podobno czas,  ale nie ma go w żadnej aptece. Wszyscy potrzebują. W tych internetowych również sprawdzałam. Skończyły się zapasy magazynowe. Pustka. Nicość.  Podobno pomaga spokój.. ale chwilowo brak. Mają sprowadzić w najbliższym czasie. By to przyspieszyć wypełniłam kartę urlopową. Tak bardzo potrzebuję wyjechać. Zostawić na jakiś czas to, co tu i teraz. Odłączyć się, by po powrocie spojrzeć na wszystko inaczej. Wyjechać i oddychać lasem, górami oraz śpiewem ptaków o piątej nad ranem, gdy otworzę namiot. Po raz kolejny ukrywam się w książkach. Szeregi liter, wyrazów zdań pochłaniam uciekając od rzeczywistości. Niekiedy, w okolicach 3 nad ranem siadam na parapecie z kubkiem herbaty i słucham nocy. Chciałabym umieć żyć. Chciałabym, żeby chwile szczęścia, które mnie czasem spotykają, nie były jedynie złudzeniami i fatamorganą. Nie pozbędę się kruchości oraz lęku. Mogę jedynie szczelnie otulić je puchem nadziei. Nadziei na co? Na ukojenie. Możliwość swobodnego oddychania. Pozbycie się wyrzutów sumienia. Czasem tak bardzo się staram i gubię siebie. Nie wiem gdzie jestem. Nie wiem kim jestem. Szukam…



‘Wciąż uczę się żyć na własnej skórze
i płacę jak umiem ten dziwny rachunek’


niedziela, 30 lipca 2017

List do Dziadka

Dziękuję, że nauczyłeś mnie niezwykłej wrażliwości w postrzeganiu świata. Wykształciłeś we mnie miłość do ludzi oraz zwierząt. Tłumaczyłeś, że każda istota jest wyjątkowa i zasługuje na szacunek. Pokazałeś jak odnajdywać czułość w nieczułości istnienia. Dzięki Tobie wiem, że muzyka to coś więcej niż dźwięki. Dzięki Tobie wykształciłam w sobie miłość do książek oraz umiejętność odkrywania piękna w rzeczach pozornie błahych i dla wielu nieistotnych. Nazwy roślin, ptaków, poszczególnych krain, smak owoców i warzyw, które wyrosły dzięki Tobie i wielobarwna tęcza stworzona przy pomocy ogrodowego węża. Pamiętam. Pamiętam również Twój spokojny kojący głos, którym z cierpliwością tłumaczyłeś mi to, czego nie rozumiałam. Dziadku, byłeś wyjątkowy! Nie ma już takich ludzi, jak Ty.

Jest mi czasem bardzo źle. Mówiłeś, że warto pomagać. Staram się, ale są chwile, kiedy nie daję już rady.  Ludzie często ranią i zadają ból, a ja tego nie rozumiem. Nie potrafię sobie z tym radzić. Czasem wydaje mi się, że jestem nieprzystosowana do tego świata. Nie posiadam ochronnego pancerza pozwalającego, by wszystko tak mocno mnie nie dotykało. Jednak gdy ostatnio odnalazłam kartkę, którą napisałeś przebywając w szpitalu, poczułam ciepło. Ogromnie brakuje mi Ciebie choć wiem, że jesteś obok. Czuję. I bardzo żałuję, że nie możemy teraz usiąść w ogrodzie, napić się herbaty z sokiem i porozmawiać. Pewnie znalazłbyś dla mnie właściwe słowa, bym nie musiała tak bardzo się bać... Przede wszystkim jednak, bardzo Ci dziękuję. Bo choć bywa tak ciężko, jestem Ci wdzięczna za to, że dzięki Tobie dostrzegam, doznaję i czuję więcej. 

Dziękuję…

czwartek, 15 czerwca 2017

Budząc czerwcowy spokój


Chciałabym mieć w sobie mniej chaosu. Bardziej usystematyzować własne wnętrze. Nie wiem czy jestem w stanie to zrobić. Próbuję, ale realizacja zmienia się często w derealizację. Nerwica zapewne nie pomaga. Kiedyś próbowałam radzić sobie z tym w nieco inny sposób. Niepokój związany z poczuciem chaosu wymuszał działania zastępcze, polegające na przykład na porządkowaniu przedmiotów, organizowaniu otaczającej przestrzeni. Skoro nie mogłam uporządkować swojego życia, to przynajmniej układałam książki na półce, ubrania w szafie, czy dokumenty w pudełku. Przez chwilę celem stawało się układanie kolorami, działami tematycznymi, bądź też według wielkości.  Pozorne organizowanie własnego świata. Warstwa oniryczna z pewnością niczego nie ułatwia; wręcz przeciwnie. Sny stają się częścią rzeczywistości. Przenikają jej strukturę nabierając realnego znaczenia i powodując niepokój, który – choć towarzyszy mi od lat – nadal nie został przeze mnie zaakceptowany. A może właśnie, w sytuacji kiedy nie mogę się go pozbyć, powinnam pozwolić mu być? Nie wypierać, a jedynie przesunąć się odrobinę na fotelu, zrobić dla niego miejsce i współistnieć? Nie wiem. Nie zgadzam się na jego obecność dlatego akceptacja jest trudna i niemal niemożliwa.
W tym tygodniu jeden ze snów był szczególnie intensywny i męczący.
Otóż pojawiały się w nim osoby, które mnie zraniły. Kumulował się ból utraconych nadziei, przebitych obietnic i potęgowały jedna po drugiej chwile, które sprawiły, że totalnie zwątpiłam w siebie, straciłam poczucie własnej wartości stając się nic nie wartym cieniem. W pewnym momencie, w owym śnie wyszłam na ulicę wlokąc przymocowaną do nogi kulę. Czułam, że rani ona kostkę wżynając się w skórę, widziałam krew i nagle zaczęłam po prostu krzyczeć. Głośno, długo, całą sobą. Świat wokół stracił kolory, a ja rozpadłam się na kawałki..
I tutaj zapraszam na moment pana H. Murakamiego, do którego postanowiłam wrócić i który będzie mi towarzyszył dzisiejszego popołudnia:

Sny przychodzą z przeszłości. Nie z przyszłości. Nie mogą cię zniewolić. To ty musisz je zniewolić.

Taki mam cel. Nie mogę wciąż tego analizować, potykać się, wracać, drżeć i nieustannie się bać. Jeszcze nie wiem jakim sposobem i jakimi metodami, ale będę starała się znaleźć równowagę, wyciszenie i harmonię. Zatem, jeśli to czytasz, kimkolwiek jesteś… pomyśl o mnie ciepło i trzymaj kciuki. Życie na huśtawce nie jest łatwe – może dlatego bałam się ich będąc małym dzieckiem. Teraz chcę zejść. Poleżeć na trawie. Tak po prostu odpocząć.

Tymczasem, jestem na urlopie i korzystam z niego szukając ukojenia. Zakłócenia wprowadziły dolegliwości żołądkowe, które na jedną noc całkowicie pozbawiły mnie snu pozwalając na dokładną i skrupulatną analizę wystroju łazienki, gdzie spędziłam wiele godzin. Na szczęście w chwili obecnej czuję się już lepiej.


Co ostatnio przeczytałam? Tym razem również posłużę się jedynie listą. Tęsknię za książkami, które kradły mi noce. Pochłaniały do tego stopnia, że z zapartym tchem, do świtu śledziłam losy bohaterów, smakowałam poszczególne akapity, które wywoływały rozkoszną burzę przemyśleń. Za każdym razem szukając lektury oczekuję, iż uda mi się po raz kolejny w tak niezwykły sposób zatracić w treści. Kto wie, może podczas kolejnej wizyty w bibliotece znajdę książkę, na którą czekam? (…)

15. M. Łoziński – Książka
16. M. Bieńczyk – Terminal
17. M. Meller – Gaumardżos!
18. T. W. Smith – Księga ludzkich uczuć
19. A. Wójcik – Dobranoc Auschwitz
20. L. Moore – Kora
21. G. Jankowicz – Życie na poczytaniu
22. J. Zomkowski – Zamieszkać w bibliotece
23. J. Ronson – Czy jesteś psychopatą?
24. Z. Korońska – Ja i inni wariaci czyli jak popadłam w obłęd

Z Księgi ludzkich uczuć wynotowałam dwa pojęcia, które są mi bliskie:

Amae – emocja, która uważa czyjąś miłość za pewnik
L’appel du vide – wołanie pustki, zew otchłani. Francuskie określenie na stan, kiedy nachodzą nas autodestrukcyjne myśli

Na szczególną uwagę zasługuje książka Grzegorza Jankowicza: „Życie na poczytaniu”. To rozmowy z pisarzami, twórcami i intelektualistami, które nie stanowią suchej i jałowej dyskusji, ale ukazują ciekawe spojrzenie na życie oraz literaturę z wielu perspektyw. Dodatkowo, rozmowy wzbogacone zostały o nawiązania do dzieł literackich, spośród których wynotowałam kilka tytułów, z którymi w najbliższym czasie będę chciała bliżej się zapoznać. Poniżej, na zachętę zamieszczam kilka cytatów:

Myślimy o tym, co przeczytaliśmy. Wyobrażamy sobie świat, do którego zostaliśmy zaproszeni. Nadajemy mu kształt. Meblujemy go po swojemu. Przy tym cały czas poruszamy się w naszej rzeczywistości, która wygląda już jednak nieco inaczej, a przynajmniej inaczej się nam jawi. Zaszła bowiem zmiana: najpierw w nas – dzięki literaturze, a potem w świecie – za naszą sprawą. (G. Jankowicz)

Czytanie i pisanie nigdy się nie kończą. Nasze umysły składają się z tekstów, a zatem nasz stosunek do świata polega na nieustającej lekturze. Patrzeć znaczy tyle, co czytać. (O. Pamuk)

Biblioteka jest naszym autoportretem, naszą autobiografią, odbiciem naszej twarzy i obrazem naszego wnętrza. (E. Havens)



Tymczasem z czerwca korzystam. W czerwcu się kryję. Lubię, kiedy On robi dla mnie herbatę z pomarańczą. Lubię noce, przy otwartym oknie i poranki przepełnione śpiewem ptaków. Spojrzeniem zatrzymuję czas.

piątek, 14 kwietnia 2017

Obłęd


Okres przedświąteczny sprawia, że ludzie tracą rozum. Wspominałam dziś czasy licealne, kiedy uczyłam się jazdy konnej. Wówczas instruktorka powiedziała, że koń poruszający się stępa, kłusem bądź łagodnym galopem ma świadomość swoich ruchów i prędkości. Natomiast cwałując jest w stanie stratować wszystko na swojej drodze. Niezależnie czy będzie to krzesło, pole słoneczników, kot czy człowiek. Podobnie jest z ludźmi robiącymi teraz zakupy. Mało istotnym wydaje się fakt, iż sklepy będą zamknięte jedynie przez dwa dni. Dziki obłęd w oczach, miotanie się między regałami, nagłe zwroty, monstrualne kolejki do działu mięsnego, oraz notoryczne najeżdżanie wózkiem i popychanie koszykiem to tylko niektóre z przejawów szaleństwa. Na szczęście zrobiliśmy zakupy wczoraj, w porze późno-wieczornej, jednakże, jak to czasem bywa - o niewielkiej ilości produktów przypomniało się po powrocie do domu. Tuż przed pracą, sugerując się wolnymi miejscami parkingowymi udałam się do jednego z marketów. Źle oceniłam. Większość osób przybyła pieszo. Dzierżąc w dłoni musztardę rosyjską, twarożek i piwo - czyli produkty pierwszej potrzeby - próbowałam stać się cieniem i przemknąć do kasy najszybszą możliwą drogą.. Zostałam kilka razy popchnięta, nadepnięta i dźgnięta. Przegrałam. Dodatkowo spotkałam się z kolejką również w aptece. Obecnie ukrywam się w pracy. Tu liżę rany odniesione w ciężkich bojach i z radością obserwuję, iż w bibliotece zdecydowanie bardziej preferowane jest festina lente. Cisza, spokój, szepty i uśmiechy. Pomijając, że wczoraj zapisałam się do kolejnej biblioteki, dziś, w mojej również naszykowałam stosik książek. Poniekąd na przekór tym, którzy oddają, bo nie chcą literatury w domu na święta. A ja chcę, pragnę. Jak najwięcej! Zatem owszem, w niedzielę zjemy na śniadanie jajko. Ale poza tym, nie będziemy spinać się, biegać i przestrzegać licznych reguł około wielkanocnych. 
Mało rzeczy irytuje mnie tak mocno, jak: "trzeba, bo wszyscy tak robią". 
Otóż nie. Nie trzeba! 
Litery, łagodność, bliskość i dźwięki. 
Taki mam plan na najbliższe dni i Wam też tego życzę.



wtorek, 11 kwietnia 2017

Narodziny

Im więcej człowiek ma narzuconego na plecy ciężaru, tym więcej musi użyć siły, żeby udźwignąć te wszystkie traumy. Akcja i reakcja. Im większy jest opór, tym większą musi mieć siłę. Trauma jest poezjotwórcza. Przerabianie traumy jest sztuką i paliwem do twórczości. 


Lubię obserwować wiosnę. Pierwsze zielone listki drżą podobnie jak ja. Pąki pokryte są drobnym puchem. Tabuny ptaków i koncerty, które nigdy się nie nudzą. Coroczne odrodzenie. Doznawanie po raz kolejny, lub też po raz pierwszy. Bo inaczej.. mądrzej, z odmiennym zachwytem. Są chwile, kiedy mam ochotę położyć się na ziemi i oddychać razem z nią. Spokojnie i głęboko. Nie myśleć o strachu, wyzbyć się obaw i lęku. Nie chcę być nowym człowiekiem. Chcę tylko być sobą nieco silniej.
Przesilenie wiosenne odrobinę mnie nadgryzło. Chwile z książką zastępowały liczne drzemki i wędrówki po nierealnych krainach. Już właściwie udało się odpocząć. Wyrównać oddech. Jednak poranne wstawanie nadal bywa okrutną torturą. Coraz rzadziej mam również ochotę spotykać się z innymi ludźmi ze względu na ogrom wysiłku jaki mnie to kosztuje. Ja wiem, że wielu moich znajomych czerpie ogromną przyjemność ze spotkań towarzyskich, a mnie to przeraża i osłabia. Mam swój świat, który stworzyłam i chronię.. i są osoby, które do niego dopuszczam. Jednak źle się czuję, kiedy ktoś ze swoim krzykiem, entuzjazmem i ekstrawertyzmem wpada nagle strącając doniczki. Nie obraża mnie w najmniejszym stopniu stwierdzenie, iż jestem aspołeczna. Cóż. Może nigdy nie będę królową parkietu, za to wieczorem chętnie usiądę pod rozgrzanym murem i popatrzę w milczeniu na gwiazdy. Nie rozkręcę żadnej imprezy i nie wypiję nigdy wódki, ale chętnie opowiem kilka prawdziwych bądź wymyślonych historii przy kubku z mocnym earl greyem. Musi wystarczyć.

***

Kilka razy już siadałam przed komputerem, by złożyć kilka zdań i tutaj umieścić. Zdarzało się to po wieczornej kąpieli, z herbatą, talerzem pełnym ciasteczek albo w środku nocy, kiedy bezsenność odwiedzała mnie nagle i bez zapowiedzi. Wciąż zapominam, że wystarczy zacząć.. Chwycić pierwsze zdanie, a później już z górki.. Tymczasem, zapełniam wspominane już wcześniej karteczki mechanicznym pismem i ulotnymi myślami.. Po czasie, kiedy je odnajduję zastanawiam się, dlaczego w momencie pisania, było to dla mnie tak bardzo ważne? A co jest ważne teraz?
Przede wszystkim miłość, harmonia, zrozumienie, ciepło i akceptacja, które naprawdę czuję.
Pozbawione "ale", bez "zmień", "powinnaś" i "musisz".
Niesamowite uczucie, które dogłębnie przenika światłem.
Dzięki temu po raz pierwszy udaje się uwierzyć w niemożliwe.


12. A. Morawska - Twarze depresji
13. K. Boni - Ganbare! Warsztaty umierania.
14. L. Moore - Niżyński. Bóg tańca

Tak, przeczytałam tylko trzy, inne w strzępach. Właściwie Ostania pozycja również nie jest doczytana, jednak coś zaczęło mnie strzelać, kiedy z rzeczowej i ciekawej biografii powoli zaczęła się wyłaniać tandetna sensacja. Takimi raczej gardzę. Toteż porzuciłam i nie żałuję. Twarze depresji ogromnie ciekawe i choć nie wszystkie postacie wzbudziły moje zainteresowanie, to jednak większość w prosty i mocny sposób opisała swoje zmagania i doświadczenia związane z chorobą.

Ganbare w dosłownym tłumaczeniu oznacza: "Trzymaj się! Dasz sobie radę!" To zbiór reportaży o Japonii poprzez pryzmat tsunami. Jak radzić sobie w obliczu zagrożenia? W jaki sposób przerobić traumę? Lektura momentami trudna i wytwarzająca złudne, ale mocno realistyczne uczucie zanurzenia pod wodą. Polecam, bo warto. 

Dzisiaj już stąd znikam, ale do przeczytania wkrótce.. 



środa, 8 marca 2017

Na przekór

Zdarza mi się pić kawę z psychoterapeutą i przeglądać jego notatki. Bywam w odległych krajach, gdzie chłonę dźwięki, zapachy i smaki egzotycznych potraw. Przenoszę się do czasów, które minęły, ale się nie zatarły.. Ulice Paryża, Moskwy, bądź Warszawy.. Dorożki, uliczni sprzedawcy, kwiaciarki, butelki z mlekiem o poranku przed drzwiami oraz świeża prasa. Zwiedzam ciasne mansardy oświetlone jedynie nikłym blaskiem lampy naftowej, obserwuję pracę pisarzy i malarzy. Czasami samotnie przemierzam lasy, góry, surowe, skaliste tereny czując na twarzy powiew wiatru.
Poznaję opowieści o ludziach, których znałam jedynie ze zdjęć i pobieżnych informacji. 

Zagłębiam się w książki układając poszczególne zdania i litery wewnątrz. Czasem nie przystają do siebie. Bywają chaotyczne i enigmatyczne. Pomagają jednak przetrwać. Uciekam do książek. Zamykam się w nich zasuwając mosiężny zamek. Ale czy to na pewno tylko ucieczka? Może to azyl? Prywatna kraina spełnienia?  Zdarza mi się wyłączać z realnego świata. Poprzez litery poznaję i doznaję. Niweluję szum i łagodzę siebie. Karmię się rozdziałami. Liczne metafory i wieloznaczność wypowiedzi to przyprawy. Książki są zbawieniem. Kołem ratunkowym. Sama próbuję czasem pełnić taką funkcję, ale być może nie posiadam odpowiednich predyspozycji...
Jednakże jestem życiem.
Na przekór wszystkiemu, chcę degradować śmierć.
Dla kontrastu, bowiem się jej nie boję.
Dla ukojenia.
Dla spełnienia.
Siłą oraz wierszeptem.

Myślę, że potrafię.

Zwykłe notatki na małych kartkach jednak nie wystarczają. Dobrze czasem tutaj wracać. Dzisiaj Dzień Kobiet. Tymczasem, kiedy zamykam oczy widzę naprzemiennie fale oceanu, bądź piasek. Nie zastanawiam się już czy jestem kobietą.. tylko tak po prostu, człowiekiem.. Jestem?



Dziś tylko lista ostatnio przeczytanych.
Aby tak jak ja, nie uległy zapomnieniu.

1. A. Kaczorowski  - Hrabal. Słodka Apokalipsa
2. F. Dostojewski - Biedni ludzie
3. M. Grzebałkowska - 1945. Wojna i pokój
4. M. Urbanek - Tuwim. Wylękniony bluźnierca
5. M. Szczygieł - Niedziela, która zdarzyła się w środę
6. K. Hamsun - Głód
7. M. Stokowski - Kino krótkich filmów
8. P. Sabach - Podróże konika morskiego
9. B. Nowicka - Nakarmić kamień
10. S. Chutnik - Cwaniary
11. K. Horney - Neurotyczna osobowość naszych czasów

poniedziałek, 28 listopada 2016

Pożegnanie jesieni

Pokonał mnie listopad. Choć próbowałam złagodzić jesień, dotknąć wiatru i wyłuskać bezpośrednio z aury czyste przyjemności, nie udało się. Towarzyszy mi zatem osłabienie, mało ciekawy kaszel, katar i podwyższona temperatura. Spacery z owymi towarzyszami nie należą do najprzyjemniejszych, zatem te realne, po ulicach miasta, które bardzo lubię, szczególnie nocną porą, zamieniam na bardziej metafizyczne. Muzyka sączy się jednostajnie, kot zalega opierając swoją sierścistość o moje biodro, a ja odbywam liczne podróże literackie. Nie potrzebuję biletu i walizki. Nie chcę znać celu. Wprawdzie obecna niedyspozycyjność sprawia, że owe wyprawy niejednokrotnie łączą się z onirycznymi ścieżkami, jednak czasami, poniekąd dzięki temu, są znacznie ciekawsze. 
Grudzień zbliża się i rozjaśnia szarości.
Jeszcze szeleszczą liście, a już skrzypi śnieg.
Wybielmy się zatem. Zeszronujmy i rozśnieżmy.
Zapraszam!

Książkowo

Biografia Tomka Beksińskiego w dużej mierze opiera się na listach i wspomnieniach jego znajomych. Poznajemy go bardziej, poprzez bliskie mu osoby, bądź takie z którymi miał sporadyczną styczność. Obraz, który dzięki temu zyskujemy jest dokładniejszy niż ten, zbudowany z informacji zaczerpniętych z książki p. Grzebałkowskiej, bądź dzienników Zdzisława. Polecam, choć końcowe fragmenty mocno dotykają i bez ostrzeżenia chlastają po twarzy zostawiając ślad na dłużej. Skończyłam w środku nocy. Siedziałam w ciszy nad kubkiem zimnej już i bardzo mocnej herbaty paląc papierosa i drżąc. Potrzebuję czasem po lekturze większej dawki milczenia. Przerwy. Ale również bliskości drugiego człowieka. Tomek też potrzebował. Szukał. Pragnął. Przez długi czas wierzył, że uda mu się znaleźć.  Rozumiem również oburzenie p. Weissa towarzyszące jego wrażeniom po obejrzeniu "Ostatniej rodziny". Kto nie zna szczegółów z życia rodziny Beksińskich, może fałszywie odebrać ukazane sceny traktując je, jako pewnik. Ale, jako że o filmie słów kilka zawarłam w poprzednim wpisie, nie ma sensu powielać owych spostrzeżeń. Chwilami.. trochę za bardzo utożsamiałam się wrażliwością Tomka.. Kiedy czytałam jego listy, znajdowałam w nich fragmenty własnych myśli. Jednakże on miał w sobie więcej tajfunów i huraganów. U mnie to silny wiatr nad łąką, polem i lasem. Sieje niepokój w łagodności. U niego czynił spustoszenie w chaosie. Tomkowi się nie udało. Ja wciąż jeszcze cicho i nieśmiało, lecz coraz mocniej wierzę. Czuję  akceptację zamiast braku zrozumienia. Ciepło, miast dystansu. Jeszcze nie rozumiem. Wciąż się dziwię. Lecz łaknę, pragnę i chcę się zanurzać coraz bardziej. 


Przeczytałam również listy Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza. Najlepiej w życiu ma twój kot, bo jest przy Tobie pisała noblistka. Mimo to, nie zdecydowała się nigdy zamieszkać z Kornelem. Listy są proste, ale urzekające delikatnością. Swoją krótką formą przypominają wiadomości tekstowe, które jak mniemam w dzisiejszych czasach przypadłyby pisarzom do gustu. Zagłębiając się w szczegóły korespondencji zauważyłam, że szala mojej sympatii przechyliła się w stronę pana Kornela. Ujął mnie zarówno swoją inteligencją jak i sposobem pisania. Człowiek posiadający liczne zainteresowania, pasje, talent listeracki, a jednocześnie delikatność, czułość i finezję. Planuję w najbliższym czasie przeczytać jego biografię, a także zapoznać się z filmami, do których stworzył scenariusze. Ach, niech doba trwa dłużej niż 24 godziny!




Prawdę mówiąc, książek, które pochłonęłam jest nieco więcej, ale pozwolę sobie rozwinąć to w kolejnym wpisie. Nie chcę być gołosłowna, ale nadzieję pokładam, iż jeszcze w tym tygodniu choć kilka świeżych zdań tutaj zbuduję.


Filmowo

Czasem wracam do starych, znanych mi już produkcji próbując spojrzeć na nie inaczej, dostrzec to, co wcześniej mi umknęło, bądź też ocenić obrazy pod innym kątem. Istnieje kilka filmów, z którymi chciałabym spędzić kilka grudniowych wieczorów. Ostatnio jednak, natrafiłam na film "The Witch" Roberta Eggersa, który jako jeden z nielicznych należących do kina grozy ostatnich lat, spełnił moje oczekiwania pokładane w owym gatunku.

 Zarówno muzyka, obrazy jak i całość formy sprawiła iż degustacja dzieła stała się niezwykle smaczna w odbiorze. Mamy tu zarówno sugestywne i stopniowe budowanie napięcia jak i doskonałą grę aktorską bohaterów. Ich nadmiar nie przytłacza, natomiast silne są emocje, które wzbudzają. Motyw lasu, który jest dla mnie ciekawy i fascynujący. Niewinność w zderzeniu z siłami ciemności i cienka granica pomiędzy bezpieczeństwem pokładanym w bogu, a złem czającym się tuż obok. Dylemat dotyczący zagadnienia wiary. W co wierzyć? Co jest prawdziwe? Czy postępujemy słusznie, a może nie widzimy błędów prowadzących do tragedii?.. I wreszcie motyw wyzwolenia, o którym nie chcę zbyt dużo pisać, by nie zdradzać fabuły, ale do filmu gorąco zachęcam, nie tylko zwolenników horroru, ale wszystkich pragnących skosztować dobrego kina.

Muzycznie

Z domu, w którym spędziłam pierwsze lata mojego życia pamiętam stary gramofon. Małą gąbeczkę do czyszczenia zamkniętą w białym pudełku oraz zestaw płyt stojących na półce tuż obok. Wśród nich znajdowała się również ta, po odtworzeniu której, w głośnikach rozbrzmiewał głos Leonarda Cohena. Kojarzył mi się ze spokojną atmosferą, harmonią i długimi, sennymi wieczorami. Kiedy trafiłam na ostatnią płytę od razu wiedziałam, że nie są to zwyczajne piosenki wciśnięte na wielobarwny krążek. Zagłębiałam się zatem w dźwięki stopniowo odczuwając zarówno niepokój jak i pogodzenie się twórcy z nieuchronnym losem. To chyba najpiękniejszy testament, z jakim miałam styczność. Harmonijne brzmienie dopracowane do perfekcji. Płynność dotykająca emocje bez rękawiczek. Piękno ukryte w prostym, wymownym i wiarygodnym przekazie. Życie to narkotyk, który przestaje działać - powiedział Cohen. Będąc zatem na egzystencjalnym haju kłaniam się nisko, chyląc czoła artyście, który odszedł zostając na zawsze.



PS 
Mimo mroźnych poranków i bezsennych nocy..
Mimo, że skończyła mi się kawa i zapomniałam o nowej.. 
Mimo przeziębienia i gorszego samopoczucia.. 
Mimo tego, że czasem zamiast założyć sweter, lęk przywdziewam.. 

To niezaprzeczalnie najpiękniejsza jesień w moim życiu. 

czwartek, 6 października 2016

Głaszcząc subiektywność

Regularność i systematyczność w tym miejscu nie jest jednak moją mocną stroną. Kilka razy planowałam coś opisywać, ale z obawy, że słów zabraknie, lub ułożą się zbyt enigmatycznie, wolałam poświęcić swój czas na czynności bardziej konstruktywne.

Lubię gdy otula mnie jesień. Lekki, przenikający chłód, ciepły szal, krople deszczu na przemian leniwie i gwałtownie spływające po szybie... W tym roku październikowa aura jest wyjątkowa. Wszystko dostrzegam w zupełnie odmienny sposób. Czasem ostrzej, niekiedy zaś poprzez mgłę, w której unoszę się ponad rzeczywistością... Cudnie tak płynąć. Spakowałam depresję i wystawiłam jej torbę za drzwi. Ciekawe gdzie teraz mieszka? Na wszelki wypadek, wolę się nie dowiadywać. A przed snem, zamykam drzwi na zamek.

Głośno ostatnio o Beksińskich. Kiedy opisywałam tu książkę p. Grzebałkowskiej kilka osób spytało mnie o szczegóły. Tymczasem dziś, w kinach "Ostatnia rodzina". Ukazała się książka o Tomaszu i powstaje film dokumentalny. Lada dzień, w Krakowie zostanie otwarta nowa galeria. Cytując Tomka: "Nie wiadomo co się wydarzy...". Twarz Zdzisława na kartonie z mlekiem? Deski sedesowe z obrazami? Bardzo mnie to irytuje. Podobnie było, kiedy zrobiłam tatuaż z sową, a później motyw owego ptaka stał się nagle popularny.
Dzienniki Zdzisława czytałam niezwykle uważnie. Są ogromnie prawdziwe i to zaszczyt, że mogłam obcować z jego słowem tak blisko. Owszem. Miał swoje obsesje, natręctwa i lęki. Kto nie ma? Usłyszałam zarzut, że w tej rodzinie brakowało miłości. To paskudne kłamstwo. Trzeba umieć patrzeć głębiej, dostrzegać więcej. Nie każda miłość wygląda tak samo. Bywa trudna, cicha i skomplikowana Troska artysty o Zosię i Tomka była ogromna. Tak, można przypinać łatki zamykające szczelnie w definicji. Doszukiwać się w rodzinie przejawów autyzmu, aspergera, depresji, nerwicy i skłonności psychotycznych. Nie rozumiem jednak, jaki jest w tym sens? Cenię umysł. Twórczość. Wiem, że życie ma na nią ogromny wpływ. Lubię poznawać z różnych stron. Wieloaspektowo. Natomiast nawet jeśli przeczytam wszystkie dokumenty, listy, wysłucham nagrań, czy zapoznam się z opiniami bliskich, nigdy nie będę w stanie odpowiednio kompetentnie powiedzieć jacy byli Beksińscy. Ponieważ ich nie znałam. Ponieważ nie byłam nimi. 
Warto zapoznać się z filmem, jednak nie należy traktować go jako podstawowego źródła wiedzy. To wizja reżysera. Ja mogę napisać, że mam skrzydła i ukrywam je pod swetrem. Czy wówczas będziecie sprawdzać jakiej są wielkości? Uznacie to za aksjomat? Andrzej Seweryn jest genialny i wielki ukłon w jego stronę. Ujęcia kamery były urzekające. Podobnie jak muzyka. Przykro mi, że Dawid Ogrodnik stworzył karykaturę Tomka. Maksymalne uwypuklenie słabości z pominięciem cech pozytywnych, to nie jest najlepsze rozwiązanie. Czytałam recenzje. "Prawda o rodzinie Beksińskich"... 
Prawda jest rozwiązaniem. Tutaj mamy do czynienia z wariacją. To zasadnicza różnica.

Cóż, mam od wczoraj książkę Wiesława Weissa o Tomku. Wchłaniam powoli. A jeszcze w tym miesiącu, jadę do Sanoka. Ponownie pragnę zatonąć w obrazach. Dłużej. Mocniej. Intensywniej. Z osobą, którą chciałam zabrać do muzeum już dawno temu. A spotkałam dopiero teraz. Czasem trzeba odpowiednio długo poczekać, by móc tak pięknie współodczuwać. Dostrzegać. Warto czekać, by prawdziwie kochać.