piątek, 14 kwietnia 2017

Obłęd


Okres przedświąteczny sprawia, że ludzie tracą rozum. Wspominałam dziś czasy licealne, kiedy uczyłam się jazdy konnej. Wówczas instruktorka powiedziała, że koń poruszający się stępa, kłusem bądź łagodnym galopem ma świadomość swoich ruchów i prędkości. Natomiast cwałując jest w stanie stratować wszystko na swojej drodze. Niezależnie czy będzie to krzesło, pole słoneczników, kot czy człowiek. Podobnie jest z ludźmi robiącymi teraz zakupy. Mało istotnym wydaje się fakt, iż sklepy będą zamknięte jedynie przez dwa dni. Dziki obłęd w oczach, miotanie się między regałami, nagłe zwroty, monstrualne kolejki do działu mięsnego, oraz notoryczne najeżdżanie wózkiem i popychanie koszykiem to tylko niektóre z przejawów szaleństwa. Na szczęście zrobiliśmy zakupy wczoraj, w porze późno-wieczornej, jednakże, jak to czasem bywa - o niewielkiej ilości produktów przypomniało się po powrocie do domu. Tuż przed pracą, sugerując się wolnymi miejscami parkingowymi udałam się do jednego z marketów. Źle oceniłam. Większość osób przybyła pieszo. Dzierżąc w dłoni musztardę rosyjską, twarożek i piwo - czyli produkty pierwszej potrzeby - próbowałam stać się cieniem i przemknąć do kasy najszybszą możliwą drogą.. Zostałam kilka razy popchnięta, nadepnięta i dźgnięta. Przegrałam. Dodatkowo spotkałam się z kolejką również w aptece. Obecnie ukrywam się w pracy. Tu liżę rany odniesione w ciężkich bojach i z radością obserwuję, iż w bibliotece zdecydowanie bardziej preferowane jest festina lente. Cisza, spokój, szepty i uśmiechy. Pomijając, że wczoraj zapisałam się do kolejnej biblioteki, dziś, w mojej również naszykowałam stosik książek. Poniekąd na przekór tym, którzy oddają, bo nie chcą literatury w domu na święta. A ja chcę, pragnę. Jak najwięcej! Zatem owszem, w niedzielę zjemy na śniadanie jajko. Ale poza tym, nie będziemy spinać się, biegać i przestrzegać licznych reguł około wielkanocnych. 
Mało rzeczy irytuje mnie tak mocno, jak: "trzeba, bo wszyscy tak robią". 
Otóż nie. Nie trzeba! 
Litery, łagodność, bliskość i dźwięki. 
Taki mam plan na najbliższe dni i Wam też tego życzę.



wtorek, 11 kwietnia 2017

Narodziny

Im więcej człowiek ma narzuconego na plecy ciężaru, tym więcej musi użyć siły, żeby udźwignąć te wszystkie traumy. Akcja i reakcja. Im większy jest opór, tym większą musi mieć siłę. Trauma jest poezjotwórcza. Przerabianie traumy jest sztuką i paliwem do twórczości. 


Lubię obserwować wiosnę. Pierwsze zielone listki drżą podobnie jak ja. Pąki pokryte są drobnym puchem. Tabuny ptaków i koncerty, które nigdy się nie nudzą. Coroczne odrodzenie. Doznawanie po raz kolejny, lub też po raz pierwszy. Bo inaczej.. mądrzej, z odmiennym zachwytem. Są chwile, kiedy mam ochotę położyć się na ziemi i oddychać razem z nią. Spokojnie i głęboko. Nie myśleć o strachu, wyzbyć się obaw i lęku. Nie chcę być nowym człowiekiem. Chcę tylko być sobą nieco silniej.
Przesilenie wiosenne odrobinę mnie nadgryzło. Chwile z książką zastępowały liczne drzemki i wędrówki po nierealnych krainach. Już właściwie udało się odpocząć. Wyrównać oddech. Jednak poranne wstawanie nadal bywa okrutną torturą. Coraz rzadziej mam również ochotę spotykać się z innymi ludźmi ze względu na ogrom wysiłku jaki mnie to kosztuje. Ja wiem, że wielu moich znajomych czerpie ogromną przyjemność ze spotkań towarzyskich, a mnie to przeraża i osłabia. Mam swój świat, który stworzyłam i chronię.. i są osoby, które do niego dopuszczam. Jednak źle się czuję, kiedy ktoś ze swoim krzykiem, entuzjazmem i ekstrawertyzmem wpada nagle strącając doniczki. Nie obraża mnie w najmniejszym stopniu stwierdzenie, iż jestem aspołeczna. Cóż. Może nigdy nie będę królową parkietu, za to wieczorem chętnie usiądę pod rozgrzanym murem i popatrzę w milczeniu na gwiazdy. Nie rozkręcę żadnej imprezy i nie wypiję nigdy wódki, ale chętnie opowiem kilka prawdziwych bądź wymyślonych historii przy kubku z mocnym earl greyem. Musi wystarczyć.

***

Kilka razy już siadałam przed komputerem, by złożyć kilka zdań i tutaj umieścić. Zdarzało się to po wieczornej kąpieli, z herbatą, talerzem pełnym ciasteczek albo w środku nocy, kiedy bezsenność odwiedzała mnie nagle i bez zapowiedzi. Wciąż zapominam, że wystarczy zacząć.. Chwycić pierwsze zdanie, a później już z górki.. Tymczasem, zapełniam wspominane już wcześniej karteczki mechanicznym pismem i ulotnymi myślami.. Po czasie, kiedy je odnajduję zastanawiam się, dlaczego w momencie pisania, było to dla mnie tak bardzo ważne? A co jest ważne teraz?
Przede wszystkim miłość, harmonia, zrozumienie, ciepło i akceptacja, które naprawdę czuję.
Pozbawione "ale", bez "zmień", "powinnaś" i "musisz".
Niesamowite uczucie, które dogłębnie przenika światłem.
Dzięki temu po raz pierwszy udaje się uwierzyć w niemożliwe.


12. A. Morawska - Twarze depresji
13. K. Boni - Ganbare! Warsztaty umierania.
14. L. Moore - Niżyński. Bóg tańca

Tak, przeczytałam tylko trzy, inne w strzępach. Właściwie Ostania pozycja również nie jest doczytana, jednak coś zaczęło mnie strzelać, kiedy z rzeczowej i ciekawej biografii powoli zaczęła się wyłaniać tandetna sensacja. Takimi raczej gardzę. Toteż porzuciłam i nie żałuję. Twarze depresji ogromnie ciekawe i choć nie wszystkie postacie wzbudziły moje zainteresowanie, to jednak większość w prosty i mocny sposób opisała swoje zmagania i doświadczenia związane z chorobą.

Ganbare w dosłownym tłumaczeniu oznacza: "Trzymaj się! Dasz sobie radę!" To zbiór reportaży o Japonii poprzez pryzmat tsunami. Jak radzić sobie w obliczu zagrożenia? W jaki sposób przerobić traumę? Lektura momentami trudna i wytwarzająca złudne, ale mocno realistyczne uczucie zanurzenia pod wodą. Polecam, bo warto. 

Dzisiaj już stąd znikam, ale do przeczytania wkrótce.. 



środa, 8 marca 2017

Na przekór

Zdarza mi się pić kawę z psychoterapeutą i przeglądać jego notatki. Bywam w odległych krajach, gdzie chłonę dźwięki, zapachy i smaki egzotycznych potraw. Przenoszę się do czasów, które minęły, ale się nie zatarły.. Ulice Paryża, Moskwy, bądź Warszawy.. Dorożki, uliczni sprzedawcy, kwiaciarki, butelki z mlekiem o poranku przed drzwiami oraz świeża prasa. Zwiedzam ciasne mansardy oświetlone jedynie nikłym blaskiem lampy naftowej, obserwuję pracę pisarzy i malarzy. Czasami samotnie przemierzam lasy, góry, surowe, skaliste tereny czując na twarzy powiew wiatru.
Poznaję opowieści o ludziach, których znałam jedynie ze zdjęć i pobieżnych informacji. 

Zagłębiam się w książki układając poszczególne zdania i litery wewnątrz. Czasem nie przystają do siebie. Bywają chaotyczne i enigmatyczne. Pomagają jednak przetrwać. Uciekam do książek. Zamykam się w nich zasuwając mosiężny zamek. Ale czy to na pewno tylko ucieczka? Może to azyl? Prywatna kraina spełnienia?  Zdarza mi się wyłączać z realnego świata. Poprzez litery poznaję i doznaję. Niweluję szum i łagodzę siebie. Karmię się rozdziałami. Liczne metafory i wieloznaczność wypowiedzi to przyprawy. Książki są zbawieniem. Kołem ratunkowym. Sama próbuję czasem pełnić taką funkcję, ale być może nie posiadam odpowiednich predyspozycji...
Jednakże jestem życiem.
Na przekór wszystkiemu, chcę degradować śmierć.
Dla kontrastu, bowiem się jej nie boję.
Dla ukojenia.
Dla spełnienia.
Siłą oraz wierszeptem.

Myślę, że potrafię.

Zwykłe notatki na małych kartkach jednak nie wystarczają. Dobrze czasem tutaj wracać. Dzisiaj Dzień Kobiet. Tymczasem, kiedy zamykam oczy widzę naprzemiennie fale oceanu, bądź piasek. Nie zastanawiam się już czy jestem kobietą.. tylko tak po prostu, człowiekiem.. Jestem?



Dziś tylko lista ostatnio przeczytanych.
Aby tak jak ja, nie uległy zapomnieniu.

1. A. Kaczorowski  - Hrabal. Słodka Apokalipsa
2. F. Dostojewski - Biedni ludzie
3. M. Grzebałkowska - 1945. Wojna i pokój
4. M. Urbanek - Tuwim. Wylękniony bluźnierca
5. M. Szczygieł - Niedziela, która zdarzyła się w środę
6. K. Hamsun - Głód
7. M. Stokowski - Kino krótkich filmów
8. P. Sabach - Podróże konika morskiego
9. B. Nowicka - Nakarmić kamień
10. S. Chutnik - Cwaniary
11. K. Horney - Neurotyczna osobowość naszych czasów

poniedziałek, 28 listopada 2016

Pożegnanie jesieni

Pokonał mnie listopad. Choć próbowałam złagodzić jesień, dotknąć wiatru i wyłuskać bezpośrednio z aury czyste przyjemności, nie udało się. Towarzyszy mi zatem osłabienie, mało ciekawy kaszel, katar i podwyższona temperatura. Spacery z owymi towarzyszami nie należą do najprzyjemniejszych, zatem te realne, po ulicach miasta, które bardzo lubię, szczególnie nocną porą, zamieniam na bardziej metafizyczne. Muzyka sączy się jednostajnie, kot zalega opierając swoją sierścistość o moje biodro, a ja odbywam liczne podróże literackie. Nie potrzebuję biletu i walizki. Nie chcę znać celu. Wprawdzie obecna niedyspozycyjność sprawia, że owe wyprawy niejednokrotnie łączą się z onirycznymi ścieżkami, jednak czasami, poniekąd dzięki temu, są znacznie ciekawsze. 
Grudzień zbliża się i rozjaśnia szarości.
Jeszcze szeleszczą liście, a już skrzypi śnieg.
Wybielmy się zatem. Zeszronujmy i rozśnieżmy.
Zapraszam!

Książkowo

Biografia Tomka Beksińskiego w dużej mierze opiera się na listach i wspomnieniach jego znajomych. Poznajemy go bardziej, poprzez bliskie mu osoby, bądź takie z którymi miał sporadyczną styczność. Obraz, który dzięki temu zyskujemy jest dokładniejszy niż ten, zbudowany z informacji zaczerpniętych z książki p. Grzebałkowskiej, bądź dzienników Zdzisława. Polecam, choć końcowe fragmenty mocno dotykają i bez ostrzeżenia chlastają po twarzy zostawiając ślad na dłużej. Skończyłam w środku nocy. Siedziałam w ciszy nad kubkiem zimnej już i bardzo mocnej herbaty paląc papierosa i drżąc. Potrzebuję czasem po lekturze większej dawki milczenia. Przerwy. Ale również bliskości drugiego człowieka. Tomek też potrzebował. Szukał. Pragnął. Przez długi czas wierzył, że uda mu się znaleźć.  Rozumiem również oburzenie p. Weissa towarzyszące jego wrażeniom po obejrzeniu "Ostatniej rodziny". Kto nie zna szczegółów z życia rodziny Beksińskich, może fałszywie odebrać ukazane sceny traktując je, jako pewnik. Ale, jako że o filmie słów kilka zawarłam w poprzednim wpisie, nie ma sensu powielać owych spostrzeżeń. Chwilami.. trochę za bardzo utożsamiałam się wrażliwością Tomka.. Kiedy czytałam jego listy, znajdowałam w nich fragmenty własnych myśli. Jednakże on miał w sobie więcej tajfunów i huraganów. U mnie to silny wiatr nad łąką, polem i lasem. Sieje niepokój w łagodności. U niego czynił spustoszenie w chaosie. Tomkowi się nie udało. Ja wciąż jeszcze cicho i nieśmiało, lecz coraz mocniej wierzę. Czuję  akceptację zamiast braku zrozumienia. Ciepło, miast dystansu. Jeszcze nie rozumiem. Wciąż się dziwię. Lecz łaknę, pragnę i chcę się zanurzać coraz bardziej. 


Przeczytałam również listy Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza. Najlepiej w życiu ma twój kot, bo jest przy Tobie pisała noblistka. Mimo to, nie zdecydowała się nigdy zamieszkać z Kornelem. Listy są proste, ale urzekające delikatnością. Swoją krótką formą przypominają wiadomości tekstowe, które jak mniemam w dzisiejszych czasach przypadłyby pisarzom do gustu. Zagłębiając się w szczegóły korespondencji zauważyłam, że szala mojej sympatii przechyliła się w stronę pana Kornela. Ujął mnie zarówno swoją inteligencją jak i sposobem pisania. Człowiek posiadający liczne zainteresowania, pasje, talent listeracki, a jednocześnie delikatność, czułość i finezję. Planuję w najbliższym czasie przeczytać jego biografię, a także zapoznać się z filmami, do których stworzył scenariusze. Ach, niech doba trwa dłużej niż 24 godziny!




Prawdę mówiąc, książek, które pochłonęłam jest nieco więcej, ale pozwolę sobie rozwinąć to w kolejnym wpisie. Nie chcę być gołosłowna, ale nadzieję pokładam, iż jeszcze w tym tygodniu choć kilka świeżych zdań tutaj zbuduję.


Filmowo

Czasem wracam do starych, znanych mi już produkcji próbując spojrzeć na nie inaczej, dostrzec to, co wcześniej mi umknęło, bądź też ocenić obrazy pod innym kątem. Istnieje kilka filmów, z którymi chciałabym spędzić kilka grudniowych wieczorów. Ostatnio jednak, natrafiłam na film "The Witch" Roberta Eggersa, który jako jeden z nielicznych należących do kina grozy ostatnich lat, spełnił moje oczekiwania pokładane w owym gatunku.

 Zarówno muzyka, obrazy jak i całość formy sprawiła iż degustacja dzieła stała się niezwykle smaczna w odbiorze. Mamy tu zarówno sugestywne i stopniowe budowanie napięcia jak i doskonałą grę aktorską bohaterów. Ich nadmiar nie przytłacza, natomiast silne są emocje, które wzbudzają. Motyw lasu, który jest dla mnie ciekawy i fascynujący. Niewinność w zderzeniu z siłami ciemności i cienka granica pomiędzy bezpieczeństwem pokładanym w bogu, a złem czającym się tuż obok. Dylemat dotyczący zagadnienia wiary. W co wierzyć? Co jest prawdziwe? Czy postępujemy słusznie, a może nie widzimy błędów prowadzących do tragedii?.. I wreszcie motyw wyzwolenia, o którym nie chcę zbyt dużo pisać, by nie zdradzać fabuły, ale do filmu gorąco zachęcam, nie tylko zwolenników horroru, ale wszystkich pragnących skosztować dobrego kina.

Muzycznie

Z domu, w którym spędziłam pierwsze lata mojego życia pamiętam stary gramofon. Małą gąbeczkę do czyszczenia zamkniętą w białym pudełku oraz zestaw płyt stojących na półce tuż obok. Wśród nich znajdowała się również ta, po odtworzeniu której, w głośnikach rozbrzmiewał głos Leonarda Cohena. Kojarzył mi się ze spokojną atmosferą, harmonią i długimi, sennymi wieczorami. Kiedy trafiłam na ostatnią płytę od razu wiedziałam, że nie są to zwyczajne piosenki wciśnięte na wielobarwny krążek. Zagłębiałam się zatem w dźwięki stopniowo odczuwając zarówno niepokój jak i pogodzenie się twórcy z nieuchronnym losem. To chyba najpiękniejszy testament, z jakim miałam styczność. Harmonijne brzmienie dopracowane do perfekcji. Płynność dotykająca emocje bez rękawiczek. Piękno ukryte w prostym, wymownym i wiarygodnym przekazie. Życie to narkotyk, który przestaje działać - powiedział Cohen. Będąc zatem na egzystencjalnym haju kłaniam się nisko, chyląc czoła artyście, który odszedł zostając na zawsze.



PS 
Mimo mroźnych poranków i bezsennych nocy..
Mimo, że skończyła mi się kawa i zapomniałam o nowej.. 
Mimo przeziębienia i gorszego samopoczucia.. 
Mimo tego, że czasem zamiast założyć sweter, lęk przywdziewam.. 

To niezaprzeczalnie najpiękniejsza jesień w moim życiu. 

czwartek, 6 października 2016

Głaszcząc subiektywność

Regularność i systematyczność w tym miejscu nie jest jednak moją mocną stroną. Kilka razy planowałam coś opisywać, ale z obawy, że słów zabraknie, lub ułożą się zbyt enigmatycznie, wolałam poświęcić swój czas na czynności bardziej konstruktywne.

Lubię gdy otula mnie jesień. Lekki, przenikający chłód, ciepły szal, krople deszczu na przemian leniwie i gwałtownie spływające po szybie... W tym roku październikowa aura jest wyjątkowa. Wszystko dostrzegam w zupełnie odmienny sposób. Czasem ostrzej, niekiedy zaś poprzez mgłę, w której unoszę się ponad rzeczywistością... Cudnie tak płynąć. Spakowałam depresję i wystawiłam jej torbę za drzwi. Ciekawe gdzie teraz mieszka? Na wszelki wypadek, wolę się nie dowiadywać. A przed snem, zamykam drzwi na zamek.

Głośno ostatnio o Beksińskich. Kiedy opisywałam tu książkę p. Grzebałkowskiej kilka osób spytało mnie o szczegóły. Tymczasem dziś, w kinach "Ostatnia rodzina". Ukazała się książka o Tomaszu i powstaje film dokumentalny. Lada dzień, w Krakowie zostanie otwarta nowa galeria. Cytując Tomka: "Nie wiadomo co się wydarzy...". Twarz Zdzisława na kartonie z mlekiem? Deski sedesowe z obrazami? Bardzo mnie to irytuje. Podobnie było, kiedy zrobiłam tatuaż z sową, a później motyw owego ptaka stał się nagle popularny.
Dzienniki Zdzisława czytałam niezwykle uważnie. Są ogromnie prawdziwe i to zaszczyt, że mogłam obcować z jego słowem tak blisko. Owszem. Miał swoje obsesje, natręctwa i lęki. Kto nie ma? Usłyszałam zarzut, że w tej rodzinie brakowało miłości. To paskudne kłamstwo. Trzeba umieć patrzeć głębiej, dostrzegać więcej. Nie każda miłość wygląda tak samo. Bywa trudna, cicha i skomplikowana Troska artysty o Zosię i Tomka była ogromna. Tak, można przypinać łatki zamykające szczelnie w definicji. Doszukiwać się w rodzinie przejawów autyzmu, aspergera, depresji, nerwicy i skłonności psychotycznych. Nie rozumiem jednak, jaki jest w tym sens? Cenię umysł. Twórczość. Wiem, że życie ma na nią ogromny wpływ. Lubię poznawać z różnych stron. Wieloaspektowo. Natomiast nawet jeśli przeczytam wszystkie dokumenty, listy, wysłucham nagrań, czy zapoznam się z opiniami bliskich, nigdy nie będę w stanie odpowiednio kompetentnie powiedzieć jacy byli Beksińscy. Ponieważ ich nie znałam. Ponieważ nie byłam nimi. 
Warto zapoznać się z filmem, jednak nie należy traktować go jako podstawowego źródła wiedzy. To wizja reżysera. Ja mogę napisać, że mam skrzydła i ukrywam je pod swetrem. Czy wówczas będziecie sprawdzać jakiej są wielkości? Uznacie to za aksjomat? Andrzej Seweryn jest genialny i wielki ukłon w jego stronę. Ujęcia kamery były urzekające. Podobnie jak muzyka. Przykro mi, że Dawid Ogrodnik stworzył karykaturę Tomka. Maksymalne uwypuklenie słabości z pominięciem cech pozytywnych, to nie jest najlepsze rozwiązanie. Czytałam recenzje. "Prawda o rodzinie Beksińskich"... 
Prawda jest rozwiązaniem. Tutaj mamy do czynienia z wariacją. To zasadnicza różnica.

Cóż, mam od wczoraj książkę Wiesława Weissa o Tomku. Wchłaniam powoli. A jeszcze w tym miesiącu, jadę do Sanoka. Ponownie pragnę zatonąć w obrazach. Dłużej. Mocniej. Intensywniej. Z osobą, którą chciałam zabrać do muzeum już dawno temu. A spotkałam dopiero teraz. Czasem trzeba odpowiednio długo poczekać, by móc tak pięknie współodczuwać. Dostrzegać. Warto czekać, by prawdziwie kochać.




poniedziałek, 5 września 2016

Cała jaskrawość


Zmieniam nieco formę tego miejsca. 
Chciałabym pisać częściej, krócej, a treściwiej. 
Czy się uda? Zobaczymy...


Od momentu gdy byłam tu ostatnio, przeczytałam raptem kilka książek. Trzy kryminały Katarzyny Puzyńskiej, Najgorszego człowieka na świecie Małgorzaty Halber i Sowę córkę piekarza Hłaski. Ponownie. Nie widzę większego sensu w dłuższych recenzjach - Puzyńska jak zwykle świetna, Halber ujmująco dotyka kwestii alkoholizmu i zagubienia w rzeczywistości, natomiast do pana Marka nie potrafię podejść obiektywnie, dlatego napiszę jedynie, iż był to niezwykle przyjemny literacko wieczór. Kilka książek mam rozgrzebanych, zatem o nich już wkrótce i trochę więcej, bo wymagają pewnego słownego zatrzymania.

Pomijając kwestie szpitalne, lato było piękne tego roku. Wrocław, spotkania z pisarzami, spacery donikąd, góry, mgły o poranku i noce przepełnione gwiazdami. Czasami czułam jak pejzaż mnie przenika i niezwykle dobrze było mi w tym współistnieniu.. Zachwyt przybiera różne formy.  Może to być liść, krople deszczu, polna droga, muzyka, obraz, słowa albo drugi człowiek, który istniał równolegle, a linie nagle się zbiegły i zapętliły.. Świadomość, że niegdyś było inaczej zatarła się. Odmienna, a jednocześnie fascynująca egzystencja. Jestem inaczej. Pełniej. 

Odwiedziłam ponownie Muzeum Beksińskiego w Sanoku. Obawiałam się, że powtórna wizyta nie zaowocuje kaskadą emocji, których doświadczyłam kilka lat temu. Na szczęście, pomyliłam się. Istnieje tam pewna siła, która sprawiała, iż musiałam usiąść na posadzce, uspokoić oddech i przeżywać od nowa. Polecam gorąco, bo to jedno z najciekawszych metafizycznych doświadczeń.
W sklepiku nabyłam 'Dzień po dniu kończącego się życia' i wciąż stopniowo dawkuję. Ciekawa jestem filmu 'Ostatnia rodzina'. Zastanawiam się też jaki odbiór będzie wśród ludzi nie znających owej historii. Cóż, trzeba poczekać do końca września. 

Tymczasem jesień zaczyna powoli i nieśmiało otulać. 
Jest dobrze. 
Lepiej. 
Najlepiej.

***

Post Scriptum słowno-muzyczne i tym razem prywatne.

Zdarzyło mi się, że poczułem się na zewnątrz wszystkiego, jakby poza elipsą galaktyki i stamtąd, spoza, ujrzałem jak na tacy całą jaskrawość. - dlatego będę i nie chcę już inaczej.


Wszystkich pozostałych czytających ciepło pozdrawiam 
z zielonego mieszkania w małym, cichym miasteczku...










niedziela, 3 lipca 2016

Krótka opowieść o życiu


Planowałam dłuższy wpis, ale jak to czasem w życiu bywa, plany nie wychodzą a scenariusz tworzy się sam, lub też za pomocą bliżej nieokreślonej mocy sprawczej. Nałożyło się u mnie kilka problemów ze zdrowiem, miałam okazję pozwiedzać duży szpital i kilka jego skrzydeł, naczekać się w kolejkach i wypić kawę w towarzystwie przemiłych panów w piżamach. Wciąż czekam na wyniki, jednak zaprawdę powiadam Wam - nigdy nie pozwólcie wbić sobie długiej igły w szyję bez znieczulenia. Myślałam, że jestem odporna na ból. Pomyliłam się. Trzy tatuaże, niezliczone stłuczenia i zabiegi dentystyczne były niczym w porównaniu z tym, co mnie ostatnio spotkało. I choć NFZ dziarsko odejmuje od mojej pensji składki na Fundusz Zdrowia, to kiedy ten fundusz nie zapewnia mi bezbolesnych zabiegów i chociażby małej dawki lidokainy, mam go głęboko w dupie. 
I tyle w temacie ;)

***

Recenzje dzisiaj również szczątkowe. Mam nadzieję, że kiedy całkowicie wrócę do formy, kondycja oraz częstotliwość moich wpisów ulegnie znaczącej poprawie. Na dobrą zmianę trzeba jednak poczekać.

Katarzyna Bonda - Pochłaniacz




Zima 1993. Tego samego dnia, w niejasnych okolicznościach, ginie nastoletnie rodzeństwo. Oba zgony policja kwalifikuje jako tragiczne, niezależne od siebie wypadki.
Wielkanoc 2013. Po siedmiu latach pracy w Instytucie Psychologii Śledczej w Huddersfield na Wybrzeże powraca Sasza Załuska. Do profilerki zgłasza się Paweł „Buli” Bławicki, właściciel klubu muzycznego w Sopocie. Podejrzewa, że jego wspólnik - były piosenkarz i autor przeboju "Dziewczyna z północy" - chce go zabić. Załuska ma mu dostarczyć na to dowody. Profilerka niechętnie angażuje się w sprawę. Kiedy jednak dochodzi do strzelaniny, Załuska zmuszona jest podjąć wyzwanie. Szybko okazuje się, że zabójstwo w klubie łączy się ze zdarzeniami z 1993 roku, a zamordowany wiedział, kto jest winien śmierci rodzeństwa. Jednym z kluczy do rozwiązania zagadki może okazać się piosenka sprzed lat.


Zacny kryminał i z chęcią zapoznam się z kolejnymi dziełami autorki. Mnogość bohaterów sprawia, że lepiej czytać li i jedynie Pochłaniacza, nie mieszając jej z innymi książkami. Saszę polubiłam od pierwszego przeczytanego zdania. Ponieważ nie znajduję tutaj większych uchybień, pozostaje mi po prostu dodać - niech Was pochłonie ;)

Monika Piątkowska - Nikczemne historie 


Nazistowski literat i jego francuski biograf, który odkrywa prawdę o nikczemnej przeszłości pisarza. Wiedeński złodziej planujący zabójstwo króla dzielnicy. Przybyły w połowie dziewiętnastego wieku do Nowego Jorku irlandzki wieśniak, marzący jedynie o uczciwym życiu. Agent carskiej Ochrany, ucieleśnienie zdrady. Dwanaście opowiadań Moniki Piątkowskiej to dwanaście podróży w głąb ludzkich umysłów. Bohaterowie Nikczemnych historii pochodzą z różnych epok i środowisk, ale pod jednym względem są do siebie podobni dopuścili się zbrodni i muszą teraz zmierzyć się z prawdą o samych sobie.

Kompletnie pogubiłam się w opowiadaniach autorki i odniosłam wrażenie, że moi Klubowicze z DKK również. Ksiązkę rozpatrywaliśmy z perspektywy zła tkwiącego w człowieku. Analizowaliśmy ludzkie słabości, ale także siłę, zarówno dobrą jak i złą, która popycha dane jednostki ku określonym czynom. Reasumując, nie polecam, gdyż ku podobnym analizom, znacznie lepiej skłania książka 'Psychopaci są wśród nas'. Oczywiście warto spróbować, gdyż to całkiem subiektywna opina. Poza tym, jedno z opowiadań przypomina wewnętrzne dylematy Raskolnikowa, zatem śmiem przypuszczać, że fani 'Zbrodni i kary' w 1/12 nie będą rozczarowani. :)

***

Tymczasem trzymajcie za mnie kciuki!
Jeśli wszystko się ułoży, pod koniec lipca jadę na Literacki Woodstock do Wrocławia, a w sierpniu będę tam, gdzie gwiazdy na wyciągnięcie ręki, wśród pagórków leśnych oraz mgieł porannych i po raz kolejny ogarnie mnie zachwyt, że wróciłam do mojego miejsca na ziemi.



PS : 

Julian Przyboś powiedział : 


(…) chyba nie owo „cogito” konstytuuje świadomość, że się jest, ale takie właśnie poczucie współkwitnienia ze światem, współbycia ze wszystkim. Jest się o tyle, o ile się współjest...

Całkowicie się z nim zgadzam i pozdrawiam tych, którzy ze mną współistnieją :)


piątek, 17 czerwca 2016

Miłość, wuwuzele i dziwne choroby


Zakochałam się w nim. Serio. Wierzę, że tym razem jest to miłość, która nie przeminie po kilku miesiącach, a jedynie stanie się dojrzalsza i piękniejsza. Wierzę, że pokonamy wszelkie trudności i z odwagą będziemy kroczyć w przyszłość, która okaże się jak z bajki; czasem z nutą tkliwości, czasem odrobiną przemocy, ale głównie.. będzie po prostu fascynująca. Prędkość czytania zwielokrotniona, wygoda, zwiększona ilość ciekawych pozycji, które można przybrać podczas czytania, możliwość pochłaniania książek podczas konsumpcji posiłków... Ach... Poza tym nocą słyszę tykanie zegara, pomrukiwanie kota i leżę w ciemności jedynie z delikatną poświatą ekranu wokół. No... poza dniem wczorajszym.
Ja rozumiem, że jest Euro i wczoraj grała Polska. Rozumiem  też, że nasi zremisowali z Niemcami  0:0. Rozumiem emocje. Ale wuwuzele najchętniej uznałabym za nielegalne narzędzie szatana i zakazała sprzedaży. Grupa, która wracała ze strefy kibica, zrobiła przystanek pod moim domem. Chciałoby się rzecz „śmiechom nie było końca”, ale to nie był śmiech. To był dziki ryk i pisk instrumentów w połączeniu z niemożebnym fałszem  podczas wykonywania utworów ‘Za te oczy zielone’ i ‘Kamień z napisem love’. Repertuar bogaty i jakże ambitny. Przed godziną drugą przyjechała policja i zgarnęła towarzystwo, próbujące protestować, że wszak Polska wygrała, a oni po cichutku świętowali. Cóż, mamy prawdopodobnie odmienną definicję ciszy, która różni się o sporą ilość decybeli... 



Dziś natomiast, zamiast błogo unosić się w objęciach Morfeusza do godziny dziewiątej z małym hakiem, zostałam zmuszona odwiedzić lekarza. Mały guzek w okolicach  ucha. Mam  nadzieję, że faktycznie przepisany antybiotyk pomoże, bo nie uśmiecha mi się dzielenie ciała z jakimś dokuczliwym cholerstwem. Gdyby było mniej dokuczliwe, raczej też nie byłabym zachwycona. Zachwyt jednak pojawił się, kiedy okazało się, że w poczekalni przede mną znajduje się tylko jedna osoba. Wybór innej przychodni po przeprowadzce na drugi koniec miasta był prawdziwą i namacalną dobrą zmianą ;)

***

Katarzyna Puzyńska – Więcej czerwieni


Pierwsza książka, którą przeczytałam na czytniku, a zarazem druga autorki. Saga o policjantach Lipowa łudząco przypomina perypetie bohaterów z Fjallbacki Camilli Lackberg. Oczywiście nie jest to nieudane naśladownictwo, ale całkiem przyjemny kryminał, który pochłaniamy z narastającą ciekawością. Nie jestem pewna, czy w przypadku  powieści, jakby nie było, opisującej zbrodnię można użyć sformułowania: „książka lekka i przyjemna”, ale tu niezwykle mi to pasuje. Irytuje mnie jedynie główna bohaterka. Czytając książki pani Lackberg, szczerze polubiłam Ericę. Tu natomiast Weronika autentycznie wkurwia. I nie będę szukać innego, grzeczniejszego słowa, którym  mogłabym zastąpić ów wulgaryzm. Po prostu to właśnie robi, więc synonimy nie zadziałają jak magiczne lekarstwo. Aczkolwiek jestem dumna, że posiadamy tak zacną, rodzimą sagę kryminalną. Jeśli ilość tomów zbliży się do dyszki, również nie będę się gniewać. Może uda się wysępić dodatkowy regał do biblioteki...



Jojo Moyes – Zanim się pojawiłeś


Kochacie wzruszające powieści wytrącające z równowagi? Lubicie otoczkę romantyzmu po zakończeniu naprawdę dobrej historii, podobną do tej tuż po wyjściu z kina i zderzeniu z rzeczywistością? Przeczytajcie koniecznie. Zdecydowanie bez makijażu. Z nastawieniem, że wciągnie dość mocno. Nie pamiętam kiedy przeczytałam ostatnio jakiś romans. Nie jest to mój ulubiony gatunek, bo ckliwość i romantyczność już dawno we mnie umarła. Tu skusił mnie zwiastun filmu, bo ileż można tkwić w tych samych gatunkach? Wprawdzie jeszcze nie dojrzałam do Daniele Steel, ale Jojo Moyes trafiła do mojego serca i wszystkich kanalików łzowych. (Szczerze przyznaję, że nie mam pojęcia ile ich jest, ale sądząc po reakcji organizmu przy ostatniej stronie – obstawiam  tysiąc). Nie mam najmniejszego zamiaru spoilerować. Chciałabym jedynie zaznaczyć, iż bohaterów łatwo pokochać. Może się starzeję, ale miałam gdzieś, że rysy psychologiczne nie były dopracowane do perfekcji. Wiem, że Wam też nie będzie to przeszkadzało. Ostrzegam, że być może będziecie zmuszeni wymknąć się do sklepu po ciastka. Ale czy to nie jest cena, którą warto zapłacić w obliczu prawdziwej miłości i szeregu życiowych tragedii? Bierzcie te z czekoladą i orzechami bez zastanowienia ;)

niedziela, 5 czerwca 2016

Czytnik, puszcza i przebaczanie

Przez długi czas broniłam się przed audio- i e-bookami. Wyznawałam teorię, że książka musi mieć kartki. Kartki należy przewracać, wkładać zakładki, a druk powinien pachnieć. Mogłam przybić piątkę z autorem tego oto artykułu : Kocham roztocza, czyli... (..może nie do końca zgodzę się tylko z tymi roztoczami gdyż podobno jestem na nie uczulona ;)) Obawiam się, że słuchać książek jeszcze długo nie będę potrafiła, jednak postanowiłam zainwestować w czytnik. Cóż mnie do tego skłoniło? Otóż głównie wygoda. Możliwość zabrania ze sobą w podróż ukochanych dzieł. Fakt, że mój wybór często pada na opasłe tomiszcza, a kręgosłup wówczas prycha na mnie z pogardą. Raty 0% na Allegro. Możliwość połączenia abonamentu w Play z Legimi. I jeszcze jeden aspekt - domowa biblioteczka zapełniła się całkowicie. Owszem, mogłam kupić kolejny regał, ale zagracanie kawalerki mija się z celem. Czytnik był najbardziej optymalnym rozwiązaniem. Pierwsze wrażenia z korzystania już wkrótce, bo jutro pomykam w kierunku Paczkomatów żeby wydobyć go z czeluści mroku..;) Nie twierdzę, że całkowicie porzucam drukowane dzieła - nie ma takiej opcji! Po pierwsze mam z nimi styczność na co dzień w pracy, po drugie - nie wszystko istnieje już w formie elektronicznej, a po trzecie... przecież muszę czasem usłyszeć szum kartek, żeby upewnić się i poczuć, że żyję..:)

***

Rozważałam przez moment prowadzenie vloga. Jednak owe dywagacje skończyły się na zrobieniu zdjęcia za pomocą kamerki internetowej i dojścia do wniosku, że światło jest chu.. kiepskie ;) Musiałabym robić to przy świetle dziennym, a wówczas moja kreatywność i elokwencja jest na bardzo niskim poziomie ;) Cóż, temat zapewne będę jeszcze rozważać, ale w najbliższym czasie głównie literki i kiepskie zdjęcia :)



***

Anna Kamińska - Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak



Mówili o niej „Czarownica” — bo gadała ze zwierzętami oraz miała kruka terrorystę, który kradł złoto i atakował rowerzystów. Ponad trzydzieści lat żyła w drewnianej leśniczówce pośrodku Puszczy Białowieskiej, bez wody i prądu. Spała w łóżku z rysiem i mieszkała pod jednym dachem z oswojonym dzikiem. Była naukowcem, ekologiem, autorką nagradzanych filmów i słuchowisk radiowych. Aktywnie działała na rzecz najstarszego lasu w Europie. Uważała, że należy żyć prosto i blisko przyrody. Wśród zwierząt znalazła to, czego nigdy nie doświadczyła od ludzi. Ostatnia Kossakówna. Córka Jerzego, wnuczka Wojciecha, prawnuczka Juliusza — trzech malarzy rozmiłowanych w polskim krajobrazie i historii. Bratanica Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Magdaleny Samozwaniec. Miała być synem i czwartym Kossakiem. Tak jak przodkowie, dźwigać sztalugi i znane nazwisko. Wybrała własną drogę…

Przyznaję, że przed zapoznaniem się z książką moje pojęcie o Simonie było bardzo nikłe. Nie miała ona łatwego dzieciństwa. Rodzicie preferowali tak zwany 'zimny chów' i okazywanie uczuć dzieciom było im obce. Nie odziedziczyła talentu malarskiego. Nie zajęła się również pisarstwem. Po skończeniu studiów biologicznych znalazła pracę w Białowieskim Parku Narodowym i bez żalu opuściła Kraków. Zajęła się przyrodą, czyli tym, co stanowiło jej pasję i prawdopodobnie jedyną miłość życia. Robiła to co chciała. Otwarcie broniła swoich poglądów i własnego zdania, obierała sobie cele i sukcesywnie je realizowała. Czy była wolna? Jestem przekonana, że tak. Czytając, cholernie jej zazdrościłam. Dlaczego jeszcze nie rzuciłam wszystkiego i nie siedzę głęboko w lesie? Po prostu czekam na jakiegoś.. Puszczyka ;) Cieszę się, że wybrałam biografię na spotkanie klubu DKK. Wprawdzie spytałam uczestników, czy ktoś chciałby żyć jak ona? W puszczy, ze zwierzętami i bez wygód? Okazało się, że byłam jedyna.. Ale to dobrze, przynajmniej nie będę miała tłoku w mojej chatce ;)



Fot. L. Wilczek


  

 Jodi Picoult - To, co zostało 


Ludzie doznają różnych strat, wielkich i małych. Można stracić kolejkę, cnotę, pracę. Głowę, serce albo rozum. Można stracić dom na rzecz banku, patrzeć, jak dziecko wyjeżdża na stałe na drugi kontynent, a mąż popada w demencję. Strata to nie tylko śmierć, a żal ma wiele postaci.
Osamotniona Sage Singer, zrozpaczona po śmierci matki, zaprzyjaźnia się ze starszym panem, ulubieńcem lokalnej społeczności, emerytowanym nauczycielem. Pewnego dnia Josef prosi ją o nietypową przysługę: chciałby, aby pomogła mu umrzeć. Wyznaje, że nie jest tym, za kogo przez wiele lat się podawał. Mężczyzna skrywa straszną tajemnicę z przeszłości, sięgającą czasów II wojny światowej i masowych mordów na ludności żydowskiej. Czy Sage zgodzi się mu pomóc? Czym będzie wówczas jej czyn: aktem miłosierdzia wobec drugiego człowieka czy wymierzeniem sprawiedliwości bezwzględnemu naziście? Czy ma do tego prawo?

Chcę niedługo wybrać się do Oświęcimia. Myślę, że już do tego dojrzałam, a poza tym uważam, że moim obowiązkiem jest odwiedzenie tego miejsca. Dawno nie czytałam jednak książek o holokauście. Wybór padł na powieść, jednak upewniłam się tylko, że w przypadku zagadnienia wojny i obozów, powinno się jednak sięgać po literaturę faktu. Nie chcę tutaj zbytnio krytykować autorki, gdyż bądź co bądź, stworzyła niezłe dzieło, które pochłania się z zapartym tchem, a jego fragmenty z łatwością przenikają do naszych snów. Poza tym, z podziękowań dowiadujemy się z jak wieloma instytucjami, osobami i profesjonalistami w danych dziedzinach współpracowała, aby stworzyć książkę - z pewnością duży plus. Większość bohaterów ujęta niestety bardzo jednowymiarowo, co nie pozwala ich poznać, a tym bardziej intensywniej odczuć przedstawione dylematy moralne. Mimo wszystko zachęcam do lektury, gdyż książka Jodi Picoult ma w sobie bez wątpienia siłę przyciągania, z którą warto się zmierzyć.


czwartek, 19 maja 2016

Chirurdzy, diabeł, serce i demony

Właśnie dobiega końca 12 sezon 'Grey's Anatomy'. Mimo, że miałam okazję oglądać wiele innych seriali, ten wywołuje chyba największe emocje. Śledząc losy bohaterów zjadłam tonę czekolady, obgryzłam dziesięć ołówków i wylałam całe morze łez. Dzięki niemu dokształciłam się muzycznie, a kilka utworów trafiło na moją listę ulubionych. Już sam fakt, że każdy odcinek jest zarazem tytułem innej piosenki sprawiał, że szukałam, a później zapętlałam muzykę z poszczególnych sezonów w nieskończoność.






Po tylu odcinkach oczywiście nie potrafiłabym przeprowadzić operacji, ale doskonale wiem co to tracheotomia, tachykardia i resuscytacja, a nade wszystko, mała ilość snu. Poza tym, podobnie jak w magię, czy Nibylandię, wciąż wierzę, że gdzieś tam istnieje mój McDreamy. Wystarczy tylko jeszcze chwilę poczekać... :)





















***

Paweł Piotr Reszka - Diabeł i tabliczka czekolady


Książkę poleca Mariusz Szczygieł: 

„Na każdy reportaż Pawła P. Reszki czekam jak na wydarzenie. I każdy jest dla mnie niespodzianką. Paweł ma zaskakujące tematy i świetnych bohaterów. Ma też talent, ale nie tylko reporterski. Otóż ma talent chirurga - jest chirurgiem mentalności. W tej książce pokroił swoim skalpelem Polskę i wyciągnął z jej wnętrza głupotę, nienawiść, mądrość i miłość. Przyjrzyjmy im się. Czego jest więcej i dlaczego?”


Prawdziwe, mocne teksty. Kompletnie obiektywne i pozostawiające miejsce na własne przemyślenia. Tabliczka czekolady autora jest słodko-gorzka i warto spróbować, aby zapamiętać jej smak na dłużej. Ksiązka została nominowana do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, a werdykt już jutro. 



Rose Lagercrantz - Moje serce skacze z radości



To powieść dla dzieci z ostatniego bibliotecznego zakupu, którą pochłonęłam zupełnie przypadkiem, poczas opracowywania.  Bohaterką jest Dunia, która tęskni za swoją przyjaciółką Fridą, ta bowiem wyprowadziła się do Uppsali. Lekki i przyjemny tekst poruszający problematykę przyjaźni, samotności i relacji rówieśniczych. Doskonale nadaje się zarówno na pogadankę podczas lekcji jak i na lekturę do poduszki. Bez wątpienia będę polecać odwiedzającym bibliotekę czytelnikom i dzieciatym znajomym. Oby jak najwięcej takich książek! 








Jarosław Grzędowicz - Księga jesiennych demonów


Wierzysz w demony? Większość ludzi nie wierzy.
Niesłusznie. Demony istnieją. I potrafią zniszczyć twoje życie. Tylko dlatego, że na kogoś musiało paść. A może kiedyś wszedłeś w ich sfery lub po prostu zwróciłeś na siebie ich uwagę zbytnim optymizmem? Może uśmiechnąłeś się w złym momencie? A teraz dziwisz się, że życie wali ci się na głowę...
„Księga jesiennych demonów” to książka o wszystkim, co niezwykłe; o wszystkim, co nie powinno się zdarzyć w życiu normalnego człowieka. A jednak się zdarza.
Proste rozwiązania są dla prostych problemów. Dla ciebie jest Księga.


Autor po raz kolejny sprawił, że zarwałam kilka nocy. Dosłownie wgniótł mnie swoimi tekstami w ziemię mimo że paradoksalnie odleciałam gdzieś daleko. Czułam zapach zbutwiałych liści, chłód poranka i krople deszczu. Chroniłam się przed wiatrem i wędrowałam przez miasto pod osłoną nocy. Widziałam mieszkania bohaterów, jadłam z nimi kolacje i przeżywałam przygody od których gęsia skórka ogarniała każdy milimetr ciała. Koncepcja pisarza opiera się na założeniu, że za każdym szeregiem niepowodzeń, które nas spotykają, czai się demon. Jesień doskonale im sprzyja. Karmią się zarówno zewnętrzną aurą jak i upatrzonym celem. 'Klub absolutnej karty kredytowej', 'Opowieść terapeuty', 'Wiedźma i wilk', 'Piorun' i 'Czarne motyle' to nie są zwykłe opowiadania. Każde z nich można potraktować jako oddzielną mini-powieść o hipnotycznych właściwościach. Jeżeli jeszcze nie mieliście do czynienia z jesiennymi demonami - najwyższa pora. Zróbcie to zanim nadejdzie jesień...